Zarejestruj się!

Na podobny temat:

Uczucia i seks - |Seks i związki
rozmiar czcionki:AAA

Jak wspominam swoją noc poślubną

22.11.09 14:40
fot. Shutterstock

fot. Shutterstock

Wzdychamy z rozmarzenia, oglądając noce poślubne na filmach. Mamy również swoje własne wyobrażenia o tych chwilach. A jak to pierwsze spotkanie w małżeńskim łożu wygląda naprawdę?



Moje miejsce zajął… kolega!


Grażyna, 44-letnia prawniczka z Łodzi: Ostatni dzień czerwca 1990 r. Upał. Po pełnych emocji godzinach – dziś powiedzieliśmy sobie „Tak”! – z moim nowiutkim, wytęsknionym i wymarzonym mężem, trzymając się za ręce, siedzieliśmy na tylnym siedzeniu srebrnego mercedesa. Tuż po ceremonii ruszyliśmy w Tatry na miodowy tydzień. Naszym kierowcą był Piotr – przyjaciel mojego Jacka. Do Zakopanego dotarliśmy przed godz. 23. Tę pierwszą noc po ślubie mieliśmy spędzić w domu mojej koleżanki. A tu niespodzianka: okazało się, że gospodyni nie ma, jest tylko jej mąż. I to zaskoczony wizytą. Zaproponował naszej trójce nocleg, ale… w jednym pokoju, bo inne nieprzygotowane. Nowo poślubiony mąż i jego przyjaciel – zachwyceni. Mnie zrzedła mina. – OK, pokoje będą dwa – zreflektował się gospodarz i poszedł szukać dodatkowej kołdry. Zrobił kolację. Na stole pojawiły się: wódka weselna, góralski bimberek i kilka minioscypków. Wystarczyła godzina toastów (za młodą parę, przyjaciół, zdrowie przyszłych dzieci…), aby panowie byli ugotowani. Zaczęli chóralnie śpiewać (w repertuarze m.in. „Mury” Jacka Kaczmarskiego). A ja się nudziłam, bawiłam krążkiem na serdecznym palcu, w końcu zaczął morzyć mnie sen. Po trzech godzinach zarządziłam odwrót do łóżek. Zaciągnęłam chłopaków na piętro i rozlokowałam w osobnych pokojach. Ale zgubiła mnie nadgorliwość w podchodzeniu do higieny osobistej: umyłam zęby, wzięłam prysznic, obejrzałam się w lustrze. Gdy w końcu otworzyłam drzwi sypialni, stanęłam jak wryta: w małżeńskim łożu spał mój facet… a z nosem wtulonym w jego plecy chrapał Piotrek! Pierwszą poślubną noc spędziłam w pokoju obok. Sama. Kolejne – w zatłoczonych schroniskach. We dwoje zasnęliśmy dopiero po powrocie do domu…

To był mój pierwszy raz


Teresa, 46 lat, kustoszka w jednym z trójmiejskich muzeów: Jeśli ktoś – tak jak ja – wychowywał się w maleńkim, prowincjonalnym miasteczku na Kaszubach, w latach 70., to zwykle aż do ślubu był dziewicą. Trudno mieć za nic normy obyczajowe i religijne, które wpajają ci od małego babcia, mama i ksiądz z ambony. Ale nie żałuję. To był również mój wybór: nie chciałam tracić cnoty z byle kim, byle gdzie. Trzymałam ją dla tego jedynego.
Parę ładnych lat już minęło, ale wciąż pamiętam tamtą noc… Goście jeszcze tańczyli na naszym weselu (które odbywało się w domu teściów), gdy mąż… włożył butelkę wódki do kieszeni marynarki (!), wziął mnie za rękę i zaprowadził na górę. Tam, w pokoju na poddaszu, gdzie mieliśmy zamieszkać po ślubie, pierwszy raz mnie rozebrał. Przedtem nalał mi kieliszek „na rozluźnienie” (drugi wypił sam). Nie pomogło. Byłam bardzo stremowana, trzęsłam się jak osika. Wstydziłam się mężczyzny, który właśnie został moim mężem. Nie wiedziałam, co mam robić. Na szczęście on wiedział. Wziął mnie na ręce, delikatnie ułożył na łóżku i zaczął obsypywać pocałunkami. Całą. Potem podłożył mi pod biodra zwiniętą poduszkę (wielką, z gęsim pierzem, którą „w posagu” zrobiła mi babcia) i… stało się. Zabolało, lecz starałam się być cicho, ponieważ wydawało mi się, że wszyscy na dole nasłuchują, co my tu robimy. Cieszyłam się, bo łóżko miało siennik, a nie materac ze sprężynami. Wystarczy, że stara drewniana podłoga niemiłosiernie skrzypiała…
Trochę żałuję, że wstyd i obawy nie pozwoliły mi w pełni przeżyć tego doświadczenia. Docenić, jak czułym i doświadczonym kochankiem jest mój mąż. Ale gdy w pewnym momencie spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam, jak bardzo mnie kocha, poczułam, że w moim życiu wydarzyło się coś ważnego.

Byliśmy tak zmęczeni, że padliśmy jak nieżywi


Katarzyna, 28 lat, lektorka języka angielskiego z Mławy: Tej nocy nie wydarzyło się NIC! Nawet nie pamiętam, co mi się śniło. Ślub przygotowywaliśmy od roku, to było jak megaprojekt. Wymyśliłam sobie pałacyk, dorożkę, białe gołębie wypuszczone w niebo, dziewczynki w jednokolorowych sukienkach, krem brulé w specjalnie sprowadzonych z Włoch miseczkach w kształcie serca… Milion spraw i prawie wszystkie na mojej głowie.
W tym dniu, zamiast być zrelaksowana, myślałam, czy wszystko się uda. Do tego emocje związane z pokonaniem trasy do ołtarza, powiedzeniem sakramentalnego „Tak”… Napięcie opadło ze mnie dopiero w połowie wesela. Widziałam: goście świetnie się bawią, dziękują, że jest cudnie. Ale stres i kilka lampek szampana sprawiły, iż po powrocie do domu (nie pamiętam nawet, kto nas odwiózł) zasnęłam tak jak stałam. Paweł, już mój mąż, padł obok mnie. Ja w sukience i podwiązkach. On w spodniach i koszuli! Spaliśmy tak dziesięć godzin. Szczęśliwi, że cały ten stres już za nami. A potem wzięliśmy prysznic i biegiem do taksówki, bo rodzice zaprosili nas na obiad. Nawet nie pomyślałam, że coś mnie ominęło… Zresztą „tę noc” i tak przerobiliśmy już sześć lat wcześniej (właśnie tyle jesteśmy razem). Choć może coś w tym jest, że ta naprawdę poślubna smakuje lepiej…

Te noc spędziliśmy pod drzwiami


Ewa, 39-letnia lekarka z Warszawy: Na nasz ślub zjechało dużo gości z Gdańska (skąd pochodzi wybranek mojego serca) i trzeba było ich gdzieś ulokować. Po weselnym szaleństwie część krewnych miała odpocząć w mieszkaniu moich rodziców. „Ale do twojego, o, przepraszam – waszego pokoju nikogo nie dokwaterujemy” – zapewniał mnie tata, znacząco się uśmiechając. My z Leszkiem wiedzieliśmy jedno: nie mamy co liczyć na poślubne gniazdko miłości bez towarzystwa za ścianą! Dlatego postanowiliśmy wyrwać się z restauracji zaraz po oczepinach i popędzić do domu, by zaznać chwili intymności, zanim wróci ta cała wesoła gromadka. Plan wydawał się genialny, taksówka szybko pomknęła przez wyludnioną Warszawę, prawie w podskokach znaleźliśmy się na piątym piętrze, a tu… drzwi do mieszkania nie chcą się otworzyć!!! Zamek się zaciął. Nie do wiary! Kombinowaliśmy, próbowaliśmy użyć jednej z moich szpilek do włosów, biegaliśmy do piwnicy w poszukiwaniu drucików, łomów itp. Oporne drzwi puściły dopiero przed szóstą. I w tym momencie na klatce rozległy się ożywione głosy rodzinki.

To był czysty romantyzm


Anna, 31 lat, handlowiec, mieszka w Milanówku: Jeszcze dziś mam dreszcze, gdy wspominam tamtą noc. Tak naprawdę chciało mi się spać, byłam zmęczona intensywnością przeżyć. Ale gdy przed czwartą dotarliśmy do naszego mieszkania, otworzyłam oczy ze zdumienia. Wszędzie stały kwiaty i paliły się świece. Morze świec. Już w przedpokoju zaczęliśmy się rozbierać. W tle sączył się jazz, a myśmy całowali się i całowali. Bolały mnie stopy, włosy miałam sklejone lakierem, po dniu wrażeń nie czułam się świeżo. W ogóle o tym nie myślałam. To Arek pociągnął mnie do łazienki pachnącej liliami i też migoczącej od świec. Napuścił wody do naszej wielkiej wanny… Kąpaliśmy się, a ja śmiałam się ze szczęścia. Potem przenieśliśmy się do łóżka, całego usłanego płatkami róż. Na nocnej szafce chłodził się szampan i kusiły truskawki… Robiło się jasno, gdy mąż jeszcze głaskał mnie po plecach. Powiedział, że tak już będzie wyglądało całe nasze wspólne życie. I mniej więcej tak właśnie wygląda…

Jęczałam z bólu! Mąż zdzierał ze mnie… rozgrzewające plastry


Miłka, 29-letnia plastyczka z Warszawy: Moja noc poślubna romantyczna nie była. Za mąż wyszłam 4 lata temu. W marcu. I w pierwszym trymestrze ciąży.
Żebyś nie była chora! Moja mama załamywała ręce, czy aby się nie przeziębię: w kościele ziąb, a suknia ślubna cienka. Jej projektantka, zaprzyjaźniona artystka, powtarzała, że mam wyglądać ładnie, i już! I wymyśliła cudo z cienkiego jedwabiu. Miała uszyć do niego bolerko czy szal, ale nie wystarczyło czasu, bo termin ślubu wybraliśmy jak najbliższy (vide: ciąża). Przejęta mama zdecydowała: w takim razie, aby było mi ciepło, oklei mnie plastrami rozgrzewającymi. Tak zrobiła. Moje „…i nie opuszczę cię aż do śmierci” mówiłam, drżąc tylko ze wzruszenia, bo byłam rozgrzana, wręcz rozpalona! W amoku ślubu, a potem wesela nawet nie zwracałam uwagi, że skóra zaczęła mnie parzyć i swędzieć. Dopiero w nocy, gdy po przyjęciu przyjechaliśmy z mężem do naszego mieszkania, z ulgą pomyślałam o zdarciu tego wszystkiego z ciała. Byliśmy ze sobą od dwóch lat, mieszkaliśmy razem, więc myśl o sam na sam nie podnosiła nam ciśnienia. Ale oto zostaliśmy mężem i żoną…
Podekscytowała nas ta zmiana. Gdy tylko zamknęliśmy drzwi mieszkania, zaczęliśmy zrzucać z siebie ubrania, śmiejąc się i powtarzając: „Żono, mężu…”. Do momentu, gdy zostałam w samej (pięknej zresztą) bieliźnie. I w tych nieszczęsnych plastrach. O ile z piersi udało mi się je zerwać samej (oczywiście nie bez bólu i jęków), to o oswobodzenie pleców poprosiłam męża. A mam skórę wrażliwą, która podrażniona nie tylko swędzi, ale puchnie i czerwienieje. Mąż najpierw mi współczuł, trochę żartując, ale zamilkł, gdy zobaczył bolesne, krwistoczerwone ślady na moim ciele. I wzdrygając się, westchnął: „Kotuś, jak dobrze, że już jesteśmy w ciąży. Bo do seksu między nami to chyba długo nie dojdzie!”.

Mąż nie stanął na wysokości zadania


Beata, 35 lat, dziennikarka radiowa z Warszawy: Oboje z Filipem mieliśmy wcześniej innych partnerów, ale ze sobą jeszcze nie spaliśmy. Zakochaliśmy się tak naprawdę pierwszy raz, wiedzieliśmy, że na zawsze, i chcieliśmy, żeby było tak jak trzeba – bez wspólnego mieszkania przed ślubem i dzielenia łóżka. Skoro mamy spędzić razem całe życie, to wytrzymamy te… trzy (!) miesiące. No właśnie, niby nie musieliśmy długo czekać (na zapowiedzi daliśmy błyskawicznie, po dwóch tygodniach znajomości), ale nie sądziliśmy, że tak trudno będzie trzymać libido na uwięzi. By jakoś rozładować buzujące w nas napięcie, oboje namiętnie uprawialiśmy sport. Ja przemierzałam kraulem basen na Warszawiance, on wyciskał poty na siłowni. Wybierając się na te swoje zajęcia, śmialiśmy się: „Idziemy na seks”. Po takim wyposzczeniu zapowiadało się na ekstatyczną noc poślubną. Filip nawet się odgrażał: „Kwiatuszku, jak już wpadniesz w moje ręce, wycisnę z ciebie wszystkie soki”. Ja gasiłam trochę jego entuzjazm, zastanawiając się głośno: „Czy na pewno dobrze robimy, kupując kota w worku? Co będzie, jeśli się okaże, że nie pasujemy do siebie w łóżku?”.
Wykrakałam! Gdy miało wreszcie dojść do naszego poślubnego spełnienia, penis męża… spłatał nam figla. Odmówił posłuszeństwa i zaczął układać się do snu. Filip bardzo się wstydził braku erekcji. Tłumaczył się, zasłaniając powód „niedumy” atłasowym prześcieradłem: „To z wrażenia. Tak bardzo czekałem na tę noc. Za bardzo chciałem…”. Co ja na to wszystko? Nie będę udawała, że nie czułam zawodu. Przez myśl przeszło mi nawet: „O rany, wyszłam za impotenta?!”. Na szczęście trochę się poprzytulaliśmy, zrobiliśmy jeszcze jedno podejście i... udało się! Taka awaria – odpukać – nigdy więcej się nie powtórzyła.

Autor: Agnieszka Leleniewska

źródło:
12345
Oceń artykuł
gość 09:57 - 25.03.2013
Mi marzy się noc poślubna jak z bajki:) Piękne duże łózko z baldachimem:) Kominek, szampan,świece:) i oczywiście super bielizna:D Chciałabym mieć na sobie coś takiego: http://besame.com.pl/komplety-zestaw-bielizny/83-biustonosz-demi-z-odpinanymi-ramiaczkami-ref-3408.html
megmalami 20:05 - 26.11.2009
zasnęłam jak tylko położyłam głowę na poduszce :)
gosposia 10:48 - 26.11.2009
o rany! to było tak dawno,że nie pamiętam;),żartuję.Jak mogło być?Było wspaniale,chociaż,nie wiem czy to przypadkiem nie był noc przedślubna,bo po ślubie i weselu to byliśmy zbyt wyczerpani i fizycznie i psychicznie.Potem też było OK.
szubka 10:10 - 26.11.2009
Niestety nie każdej...coraz częściej słyszy się,że nie moga miec dzidziusia:(
zuza 09:54 - 26.11.2009
[quote="renka"]
nasza była owocna bo za równe dziewięć miesięcy urodził się pierworodny.
[/quote]

gratluję :D nie każdej parze się tak udaje ;)
szubka 09:28 - 26.11.2009
Fajnie:)
renka 09:19 - 26.11.2009
nasza była owocna bo za równe dziewięć miesięcy urodził się pierworodny.
szubka 10:09 - 24.11.2009
po kilku takich nocach można odpasc;)
ata38 09:23 - 24.11.2009
:) właśnie:)

Skomentuj

Jeśli chcesz komentować pod własnym nickiem, zaloguj się





Kupuj najtaniej z CENEO