Zarejestruj się!
Patroni serwisu:

Gwiazd -|Emocje
rozmiar czcionki:AAA

Sercem warto się podzielić

16.11.09 09:40
fot. ONS

fot. ONS

Co nadaje sens istnieniu? Pomoc innym. Oni to wiedzą. Życiowy przypadek zetknął ich z cierpieniem, ale to dzięki niemu się przekonali, na co ich stać. I dowodzą, że dobro okazane innym wraca. Z jeszcze większą siłą.

EWA BŁASZCZYK: Gdy rzucam się w wir pracy, serce boli mniej.

Budzik – tak nazywa się budynek kliniki dla dzieci po ciężkich urazach mózgu. Jeszcze trzeba go wykończyć, wyposażyć. Ma przyjmować pacjentów z rodzicami, na całą dobę. To tylko część pracy Ewy Błaszczyk i powołanej przez nią fundacji „Akogo?”. – Teraz przechodzimy ostateczną fazę: i albo klinika będzie działać, albo nie – mówi, a w jej głosie słychać wielkie zmęczenie.

Szklanka wody

Dziewięć lat temu. Sto dni po śmierci Jacka Janczarskiego, męża Ewy i ojca bliźniaczek – Oli i Marianny. 6-letnia Ola połyka tabletkę. Dusi się. Chcąc sobie pomóc, popija napojem, który wpada jej wprost do płuc. Siostra Mania patrzy jak skamieniała. Mama zaczyna Olą trząść, wzywać pomocy. Wybiega na ulicę, zatrzymuje pierwszy samochód, który wiezie je do szpitala… – Kiedyś wyobrażała sobie, co to będzie w magicznym 2000 r. A świat, który znałam, wtedy właśnie się skończył. W książce o dramacie aktorka pisze: „Pierwszy rok po wypadku miałam mocne przekonanie, że Ola zaraz się ocknie, że wszystko minie”. Nie minęło. Tamtego feralnego dnia dziewczynka była nieprzytomna około 20 minut, nastąpiły zmiany w mózgu. Leżała na OIOM-ie, napięta jak struna, oparta tylko na głowie i piętach. Nie krzyczała. Wyła. – Nie wiem, w jakich jest mrocznych czeluściach, ale wciąż mam w uszach jej straszny krzyk: „Mama!”. Nie mogę przestać walczyć. Jeździła do córki z Manią, samochód prowadził jej brat. Sama nie mogła, była na środkach uspokajających. Żyła dramatem. Olą, dla Oli. Jeden szpital, drugi. – Po pewnym czasie poczułam, że nas już tam nie chcą. Potem powiedziano mi to wprost. Ale dokąd miałyśmy się udać? Hospicjum to nie miejsce dla tych, których chce się przywrócić do życia; a w domu Ola nie przeżyje bez aparatury i nadzoru specjalistów… Stałam na korytarzu i myślałam: czemu chcą nas się pozbyć, a nie pomóc, skoro jeszcze można? Dziś mówi: z rozpaczy i bezradności zrodziła się decyzja, by stworzyć program opieki dla takich dzieci. – Chcę uświadomić ludziom, że według angielskich badań 50 proc. pacjentów w śpiączce słyszy, rozumie, czuje! Tymczasem panuje przekonanie, że to „warzywa”. Śpiączek jest kilka stopni, mierzonych w różnych skalach, a wszystkie zgarnia się do jednego worka z napisem „śmierć mózgowa” i „dawcy przeszczepów”. Pomyłka! – zżyma się. Założyła fundację. – Jako osoba znana mam większą szansę nagłośnienia sprawy niż ktoś z małej miejscowości, pracujący od 8 do 16. Pewien austriacki profesor uświadomił mi, że to mój obowiązek: „Pani teraz tworzy pewien model zachowania się”. Jestem reprezentantką kobiety z Głuchej Dolnej z siódemką dzieci, która nie wie, kogo prosić o pomoc. Ja to przerobiłam. Nie przepada, gdy słyszy o sobie, jaka jest dzielna. – Jestem kobietą, średnio bojownikiem – uśmiecha się blado. Nie ukrywa, że ciąży jej odpowiedzialność za fundację, błaganie różnych ludzi na stanowiskach i pilnowanie, by podjęli decyzje, od których wszystko zależy. W środku wszystko boli. Rana po śmierci męża powoli się goi. Ola to rana otwarta… A ona musi schować emocje i językiem cyfr tłumaczyć urzędnikom: dziecko nieuratowane w porę będzie niepełnosprawne przez 40 lat i zniszczy życie rodziny pozostawionej bez wsparcia; ktoś będzie musiał odejść z pracy, by się nim opiekować, napięcia doprowadzą do rozwodów, depresji, samobójstw. Czyli: utrzymanie takiego pacjenta kosztuje państwo więcej niż zorganizowanie fachowej pomocy tuż po wypadku.

Grać, by żyć

Stara się nie wracać do przeszłości, choć czasem trudno znieść widok pokoju, w którym to się stało. Tu, przy fotelu. Ola leży w domu. W maju 2010 r. minie 10 lat, gdy jest w tym stanie. Szesnastolatka, urosła szybciej niż bliźniacza siostra. Ma otwarte oczy, jest z nią kontakt, choć słaby. – Jej przypadek określam jako cud. Nie mówi, ale jest postęp. Mniej cierpi, ma mniej infekcji, rzadziej wzywamy pogotowie. Gdy ma się lepiej, ja mogę wyjść, odetchnąć. W maju Ewa Błaszczyk przyjęła główną rolę w „Mistyfikacji” Jacka Koprowicza. Występuje w Teatrze Studio. – Im bardziej jestem zmęczona, tym goręcej chcę grać. Sztuka, publiczność są dla mnie życiem. Wentylem. Pracując, oddycham innymi sprawami: iluzją, sztuką, fikcyjnymi postaciami, kupnem butów, peruk, robieniem makijażu. Na scenie łapię energię, by mieć siłę na pracę w fundacji i żyć. Prywatność? – Mam mały margines życia intymnego. Dlatego są przy mnie osoby, z którymi od razu się rozumiem. Nie ma czasu na docieranie się, sprawdzanie. Uwielbiam ludzi ciepłych, mądrych i wesołych. Na szczęście mam takich wokół siebie. Nie ma w niej goryczy, żalu. – Z negatywnych emocji nic się nie zbuduje. Tylko ból czasem tak trudno znieść. Pomaganie nadaje mu sens. Ola stała się iskrą do walki o najszybszą i najlepszą pomoc dzieciom w śpiączce. Żeby nie podzieliły jej losu.

RADOSŁAW PAZURA: Żyję, bo ktoś mi dał swoją krew. Spłacam dług.

Proszę nie pytać, czy zaangażowałbym się w akcję charytatywną, gdyby nie tamto nieszczęście – uśmiecha się kącikiem ust. Wyprostowany, starannie ogolony. Przystojny facet. – Bo pewnie musiałbym odpowiedzieć, że nie. Ale tam, na górze, ktoś chciał, bym się ocknął. I dał mi łaskę zrozumienia, że bez pomagania sobie nawzajem trudno przetrwać.

Kopniak od Pana Boga

Dlatego namawia z billboardów, filmów edukacyjnych, podczas spotkań z młodzieżą do oddawania krwi. Krew to życie. On wie to dobrze. W styczniu 2003 r. miał wypadek samochodowy. Jedna osoba zginęła – Waldemar Goszcz – model, grał w serialu „Adam i Ewa”. Radosława Pazurę, przytomnego i komunikatywnego, jak mówili świadkowie, na sygnale odwieziono do szpitala. Kilka godzin później stracił przytomność. Był na granicy życia i śmierci. – Dorota, moja druga połówka, dostała informację, że potrzeba krwiodawców, bo zapasy krwi są na wyczerpaniu – wspomina dziś bez emocji. – Natychmiast obdzwoniła znajomych. Chodziła po kościołach, studiach nagrań, prosiła każdego. Zgłosiło się mnóstwo ludzi, mnóstwo. Mówiła mi to pielęgniarka ze szpitala na Szaserów, gdzie wtedy leżałem; niedawno pobierała ode mnie krew. Wtedy udało się uratować jeszcze kilka innych osób. A ja miałem dwukrotnie przetaczaną krew. Po pięć litrów. Czyli tylko dla mnie potrzeba było daru aż 22 osób (!), bo jednorazowo pobiera się 450 ml. Kilka miesięcy po wyjściu ze szpitala, gdy jeszcze chodził o kulach, zadzwonił do niego Marcin Velinow, prezes fundacji „Krewniacy”. Poprosił o spotkanie. – Powiedział, że fajnie by było, gdybym wsparł jego akcję, znana twarz bardziej działa na ludzi. Nie zastanawiałem się nawet chwili. Dziś powtarza: krew jest potrzebna stale. To lek, którego się nie wyprodukuje. Tylko drugi człowiek może nim się podzielić, z potrzeby serca. Aktor, kojarzony z męskim kinem, opowiada o tym na konferencjach, mszach. – Daję świadectwo – mówi. I dziękuje za życie. A także za to, że stało się lepsze. – Zmieniłem się. Spokorniałem. Zrozumiałem, co w życiu naprawdę jest ważne. Jeszcze w tym samym roku zdecydował się na odkładany przez lata ślub z Dorotą Chotecką. Ich córka Klara dziś ma dwa latka. – Zawsze byłem wierzący w Tego, który pierwszy oddał krew… – mówi. – Wśród nas są prawdziwi mistrzowie świata, których dar krąży w żyłach innych ludzi. Ja tylko pomagam. I nawet za to przychodzi nagroda. Niedawno facet uchylił szybę w aucie i krzyknął: „Robi pan świetną rzecz. Jest pan supergość”. To najpiękniejsze, co można usłyszeć.

KATARZYNA BUTOWTT: Choć blady uśmiech na buzi... Dla mnie bezcenny

Ktoś zamawiał klauna? – otwiera drzwi smutnej szpitalnej sali. Albo ad hoc wymyśla inne zabawne powitanie. Zaskoczone dzieci, blade i zbolałe, zwracają się do niej w radosnym oczekiwaniu. Ma za duże, kolorowe ogrodniczki, perukę, charakterystyczny nos klauna – czerwoną kulkę. W ręku balony. Mało kto w Doktor Guzik – jak się przedstawia dzieciom – rozpoznaje słynną „Teletombolę”, dziewczynę z elity modelek lat 80. i 90. – Czemu to robię? Dla siebie. Chcę być przydatna – uśmiecha się. Wciąż pracuje w branży, organizuje pokazy mody. I codziennie jest w kontakcie z fundacją. Pomaga nagłaśniać akcje, zbierać fundusze. Znanej twarzy łatwiej zyskać pomoc. Jednak najbardziej lubi wizyty w szpitalu. – Jestem po psychologii. I bardzo lubię dzieci, a własnych nie mam. Świat mody… cóż, zawsze wydawał mi się próżny. Jako modelka czułam się spełniona, zarabiałam dobrze, ale chciałam czegoś więcej. I to, co teraz robię, wciągnęło mnie jak narkotyk.

Chcę być wolontariuszką

O fundacji Dr Clown przeczytała w gazecie. Adres: obok niej, na warszawskim Mokotowie. Niespodzianka. A gdy raz, idąc z zakupami, zauważyła na budynku tabliczkę fundacji, pomyślała: przeznaczenie. – Już wiedziałam, jak ważna w cierpieniu jest życzliwość. Niezdiagnozowane yersinia i salmonella niszczyły pół roku mój organizm; pamiętam niekończące się badania, ból i bezradność. Przewlekła choroba to dramat! Wsparcie ma wtedy wagę złota. Mnie odwiedzała rodzina i niezawodne przyjaciółki. Przynosiły jedzenie. Otuchę. Ale tyle osób, dzieci, cierpi w samotności. Ożywiają się, kiedy kolorowo przebrana grupa ochotników zaczyna obchód ich oddziału. Na korytarzu poruszenie: „Klauni idą!”. – Już w windzie zagadujemy małych pacjentów. Potem? Różnie, zależy od stanu dzieci. Czasem któreś krzyczy, bo boi się zmiany opatrunku, więc pomagamy pielęgniarce odwrócić jego uwagę. Czasem jest cicho. W sali – chłopiec w śpiączce. Przy nim mama. Pytam, czy chce porozmawiać. My wcale nie jesteśmy chichoczącą zgrają. Tu trzeba mieć wyczucie. Siłę. Stoję przy tej matce, trzymam za rękę chłopca. Mówię do niego: „Grzesiu, postaraj się, mama czeka”. A ona mi się zwierza. To trwa i trwa. Nie mówię jej, że inne dzieci czekają. Widzę: schodzi z niej napięcie. Rozmowa pomaga. Chociaż czasem nie wiadomo, co powiedzieć. Ciężko chore dziecko, na ścisłej diecie, mówi, że marzy o pizzy. – A ja wiem, że prawdopodobnie już jej nie spróbuje… Albo jakiś rodzic wychodzi za mną z sali. Wzruszony dziękuje, bo syn uśmiechnął się pierwszy raz od tygodnia. Wtedy jestem na granicy łez. Uciekam. Emocje puściły jej raz, przy mężu, gdy po powrocie z pierwszego obchodu relacjonowała, co widziała. – Powiedział: „Chwała ci za to, co robisz, ale nie opowiadaj mi tego”. Miał rację. Dziś swoją bezradność Katarzyna omawia z przyjaciółkami z fundacji. – Jadąc do szpitala, trajkoczemy. Wracając, milczymy. Bo co my możemy? Na chwilę ukoić czyjś smutek. Wie jednak, jak potrzebna jest i taka pomoc. – Kiedyś słynny transplantolog, na co dzień ratujący życie, zaczepił nas na korytarzu. Powiedział: „Robicie wspaniałą rzecz, cudowną”. Byłam wzruszona. Jak odreagowuje emocje? – Niedawno zapisałam się na jogę – mówi. W weekendy chodzi na wielokilometrowe spacery do lasu. Obejmuje brzozy. I od lat przed lub po sezonie jeździ z mężem do Norwegii, na długie pobyty w ciszy. Tylko oni, góry i czyste, chłodne powietrze. Brak jej jednak odporności. Po jednej z wizyt w szpitalu złapała ospę, choć przechodziła ją w dzieciństwie. Przez miesiąc leżała tak słaba, że pojawił się półpasiec. Ale wyzdrowiała. – Mam dużo pokory w sobie – uśmiecha się. – To, że nie boję się chorych, to przecież żadna moja zasługa. Tak jak i to, że okazałam się fotogeniczna. Dużo dostałam od losu. Także to, że gdy czasem nie jest mi najweselej na duszy, to wszystko pomaga mi pomyśleć, że robię coś dobrego, że komuś pomagam.

Autor: Anna Augustyn-Protas, Ida Dawidowicz

źródło:
12345
Oceń artykuł



marika1986 23:55 - 20.06.2010
Podziwiam panią Ewę jest naprawdę silną kobietą.
tessa08 10:19 - 18.11.2009
ogladalam program gdzie bylo pokazane ze coreczka sie wybudzila !!!
gosposia 21:49 - 17.11.2009
krucha kobieta, a tak silny charakter,podziwiam ją za to.
stancze1 13:24 - 17.11.2009
podziwiam ją i życzę jej córce powrotu do normalnego zycia
ewika58 12:19 - 17.11.2009
Zyczę wsparcia z WOSP i wybudzenia córeczki:-))
szubka 09:13 - 17.11.2009
Takie osoby trzeba podziwiać,spotkała ja tragedia:(Ciesze się ,ze są ludzie którzy potrafia pomagać innym:)
renka 08:12 - 17.11.2009
życie mocno ją doświadczyło a ona się nie poddaje .podziwiam .
cora 17:42 - 16.11.2009
Niesamowita kobieta...W mojej pracy choroby,ludzkie tragedie to codzienność.Wsparcie i pomoc drugich osób jest bezcenne.
zuza 16:18 - 16.11.2009
tyle co ona dobrego robi...! podziwiam!

Skomentuj

Jeśli chcesz komentować pod własnym nickiem, zaloguj się

Przepisz tekst z obrazka Anty Spam

Jeśli nie możesz odczytać, kliknij tu.