Beztroskie lata czy patologiczne dzieciństwo?
„Kochamy rodziców za to, że spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu” – brzmi fragment wpisu, który od jakiegoś czasu krąży w internecie. To opowieść o grupie ludzi, którzy z sentymentem wspominają swoją młodość w latach 80. Razem z Agnieszką Carrasco-Żylicz, psychologiem, sprawdzamy, za czym tęskni anonimowy autor...
Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka – właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy – donosi z rozrzewnieniem autor tekstu. – To głos rozsądku, wołanie o zmianę. Muszę przyznać, że trochę się pogubiliśmy. Myślę tu też o nas – psychologach – mówi Agnieszka Carrasco-Żylicz. – Pomagamy rodzicom w wychowywaniu dzieci, ale zapominamy o tym, że to oni są najlepszymi ekspertami. Są w stanie samodzielnie kierować ich wychowaniem, mają przecież intuicję – dodaje.
„Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy.”
Namawiamy rodziców, aby zwracali uwagę na uczucia dziecka. Powtarzamy, że muszą starać się je zawsze rozumieć, współodczuwać, a wręcz pomagać dzieciom te uczucia przeżywać. Namawiamy do tego, że trzeba chronić, otaczać opieką. Tymczasem dyskomfort, przykre przeżycia, smutek, ból są potrzebne dzieciom, aby budowały swoje granice. Te uczucia mają im coś sygnalizować, mają informować o zagrożeniu, o tym że ktoś wkracza na ich terytorium. Jeżeli rodzice za wszelką cenę starają się łagodzić te stany, rozwiązywać za dziecko każdy problem, chronić przed każdą ewentualną niewygodą, zwyczajnie mu szkodzą. Często spotykam się w przedszkolach z rodzicami, którzy przychodzą apelować, bo ich dziecko np. czuje się nierozumiane, nielubiane albo zbyt często popada w konflikty. Chcieliby załatwić za dziecko kłopot, naprawić relacje. To nie jest najlepsze rozwiązanie. Dziecko samo powinno konfrontować się z trudnymi sytuacjami zwłaszcza jeśli sprawa dotyczy rówieśników. To wyzwala w nim siłę i własną inicjatywę. Dziecko uczy się przez swoje zmagania w działaniu. Nie wychowamy samodzielnych dorosłych, jeśli będziemy zbyt ingerować, podsuwać własne pomysły. Pozwólmy się przewrócić, nauczyć na własnych doświadczeniach, niekiedy potknięciach. Oczywiście naszą rolą jest czujne obserwowanie. Musimy mieć baczenie, żeby wiedzieć, czy nie ma potrzeby, aby podać rękę. Ale nie wyciągajmy jej za każdym razem. Nie wyciągajmy jej, zanim jeszcze nasze dziecko samo zdąży się zorientować, że pomoc jest mu potrzebna. Nie każdy smutek naszego dziecka, nie każda łza są depresją, z którą musimy walczyć u specjalisty. Podchodząc w ten sposób do naturalnych zmian nastroju, nie pozwalamy naszym dzieciom poznawać siebie, swoich reakcji. Nie każdy problem z nauką wymaga od razu terapii, walki z dysleksją, dysgrafią. Nie każda nerwowość to ADHD.





















































