Nie zawsze nasze dziecko jest tylko dzieckiem. Zdarza się, że zmuszamy je do odgrywania także innej roli, np. nastoletnia córka ma być dla swojej mamy przyjaciółką-powierniczką…

Luba Szawdyn: Prawdziwy koszmar! Mam naprawdę wielu pacjen- tów, którzy coś albo kogoś zastępowali swoim rodzicom. Pamiętam młodą, trzydziestokilkuletnią, bardzo ładną, zadbaną, wykształconą, dobrze zarabiającą kobietę, która nie mogła ułożyć sobie życia. Nie wiedziała, dlaczego tak jest, więc pojawiła się w moim gabinecie. Zaczęłyśmy szukać. Okazało się, że ona jest w bardzo silnym związku z matką. Trzy, cztery razy dziennie panie raportują sobie wzajemnie o swoich problemach. Ona nazwała to bliskością, a mnie od razu powiało chłodem. Zapytałam o treść raportów. Usłyszałam, że część z nich to sprawozdania somatyczno-biologiczne – co jadłam, jak spałam, obsługa codzienna ciała, mieszkania, itd. Kolejna porcja to oplotkowanie kilku osób i… to już wszystko. Stwierdziłam więc, że pacjentka jest uzależniona od matki i że powinna spróbować abstynencji. Ma rozmawiać z matką rzadziej i zmienić treść tych rozmów. Po tej „rewolucji” u córki wytworzyła się pustka, u matki zaś uraza. Mama zaczęła czytać książki i gazety psychologiczne, próbując udowodnić, że ich relacja jest poprawna. Jednak fakty temu przeczyły – po wyeliminowaniu dotychczasowych treści między paniami nie zostało dosłownie nic. To była chora więź, która długie lata nazywana była przez obie strony troskliwą relacją. Oszustwo od początku do końca.

To przecież musiało kiedyś się zacząć. Zapewne wcześnie.

Luba Szawdyn: Doszłyśmy do tego: początek był wtedy, gdy odszedł mąż matki mojej pacjentki i ta uznała, że najlepszym powiernikiem w jej poważnych, dorosłych problemach będzie dziewięcioletnia córka. Przez wiele lat moja pacjentka była doradcą swojej matki, była alfą i omegą, jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie. Nie było tam bliskości matki z córką, panie się nie przytulały, za to bardzo często „omawiały ze sobą różne sprawy”. Nie wytworzyła się więc więź, ale relacja pustosłowia, raportowania, i gdy tego zabrakło, okazało się, że one w ogóle się nie znają, są sobie zupełnie obce. Omawianie spraw kompletnie zamurowało ten związek. Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to typowy przykład nadużycia dziecka, potraktowania go jako człowieka, który musi udźwignąć dorosłe sprawy. Bardzo często spotykam się z sytuacjami, kiedy młode, ale dorosłe już kobiety nie mogą „opuścić” swoich matek. To jest efekt zamiany ról. Matka nie troszczy się o dziecko, ale ono troszczy się o nią.

Powiedziałaś na początku, że ta młoda kobieta nie potrafi ułożyć sobie życia.

Luba Szawdyn: Nie umie odkryć w sobie uczuć. Ten beton, o którym mówiłam, zablokował jej życie emocjonalne. Ona dużo wie, lecz nie wie, co czuje. Są osoby, które bardzo często powtarzają: „Wiem, wiem, wiem”. Wtedy nastawiam się na bardzo długą pracę, aby te warstwy, które zakryły system uczuciowy, w jakiś sposób poruszyć i stopniowo zburzyć. Nie ma człowieka bez uczuć, każdy je posiada, ale zdarza się, że coś – w tym wypadku relacja z matką – sprawia, że w toku rozwoju nie jesteśmy w stanie właściwie ich odczytywać.

Co to znaczy? Jak to wygląda później w praktyce?

Luba Szawdyn: Zamiast powiedzieć: „Zakochałam się”, taka kobieta powie: „Wiem, że on mi się podoba”. Kiedy zapytam dlaczego, odpowiada: „Bo jest inteligentny, ma poczucie humoru, sprawia wrażenie odpowiedzialnego. Wiem, że przy nim będę się czuła bezpiecznie”. To są wszystko komunikaty na poziomie rozumu. Ale emocji tam nie słychać, uczuć tam nie ma. My nie zbliżamy się do drugiego człowieka, opiniując go, wiedząc coś o nim. Bliskość tworzy się poprzez rozbudowany, choć czasem zablokowany układ emocjonalny – w przeciwnym razie nic się nie uda, bo wtedy wstydzimy się odczuwać, kochać, wstydzimy się nawet wstydzić. Takie córki jak ta moja pacjentka słyszą w dzieciństwie od matek np.: „Chętnie trzasnęłabym drzwiami i wyszła, ale nie mogę tego zrobić, bo mam ciebie”. Dziecko zaczyna się bać, traci grunt pod nogami, gdyż nie ma na czym się oprzeć. Wtedy musi coś zrobić ze swoimi uczuciami, najlepiej schować je głęboko. A potem, w dorosłym życiu, nie ma za pomocą czego budować relacji z innymi ludźmi. I w rezultacie w moim gabinecie siada kobieta, która nie może ułożyć sobie życia. Dojście do tego, że nie umie, bo zbyt wcześnie musiała być dorosła, to długa, trudna droga. Podobnie się dzieje, kiedy matka czy ojciec dzielą się z dzieckiem swoim czarnowidztwem, krytykanctwem, biadoleniem na wszystkich i wszystko dookoła.

W tej sytuacji dziecko musi się jakoś opancerzyć…

Luba Szawdyn: Nie ma światełka w tunelu, a bez niego ciężko prawidłowo się rozwijać. Dziecko, które słyszy, że za chwilę pod klatką schodową wybuchnie wulkan, będzie na ten wybuch czekać. Co może zrobić, kiedy widzi swoją matkę jako kupkę nieszczęścia zalaną łzami? Dzieci różnie sobie z tym radzą: jeśli mają zadatki na bohatera, biorą życie swoje i takiej matki we własne ręce, ale to przecież patologia.

Brzmi jak historia DDA, czyli dorosłego dziecka alkoholika.

Luba Szawdyn: Bo tu działają te same mechanizmy. Rodzina, w której matka traktuje córkę jak swojego powiernika, jest rodziną dysfunkcyjną. Ta dziewczynka także musi wejść na piedestał dorosłości, choć trzęsą się jej nogi.

Bywa też, że córka ma być dla swojej matki kumpelką.

Luba Szawdyn:  Zdarza się to coraz częściej, bo coraz więcej jest kobiet, które nie radzą sobie z upływem czasu. Kolejna patologia – matka, która chce być w wieku swojej córki. Zaczyna chodzić do klubów, ubierać się jak nastolatka, mówić slangiem młodzieżowym. Córka widzi „zdrowych” rodziców swoich znajomych, a w domu kompletnie nie ma oparcia. Kiedy słyszę, jak dorosła kobieta mówi z dumą w głosie, że ludzie mylą ją z córką czy twierdzą, że wyglądają jak siostry, jestem przerażona.

A co czuje córka?

Luba Szawdyn: Na początku się cieszy, że jest z mamą tak blisko, że ta rozumie, co znaczy „nara”, ale dość szybko zauważa, że kiedy zwraca się do mamy ze swoimi problemami, ta bagatelizuje je tak samo jak jej koleżanki. Zaczyna się chaos. Nikt nie wie, kim jest w tej rodzinie. Nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie ma wsparcia, które dziecko powinno dostać. U córki może pojawić się też wstyd. Bo matka w swoich zachowaniach bywa zwyczajnie śmieszna. Kolejnym niebezpiecznym obszarem, kiedy dziecko nie jest dla rodzi ców tylko dzieckiem, jest spełnianie przy jego pomocy ambicji rodziców. Są matki, ojcowie, którzy zaczynają żyć dopiero poprzez swoje ładne, zdolne dzieci. Od małego prowadzają je po szkółkach, warsztatach, castingach. Dziecko ma zaistnieć w reklamie, na scenie, w serialu, bo wtedy istnieją oni. To są na siłę rozpoznane talenty i na siłę tresowane dzieci. Lepione jak figurka z plasteliny, traktowane jak przedmiot inwestycyjny. A co słyszę od takiej pani w gabinecie? „Bo jak ja byłam mała, nikt nie zajął się moim talentem”. Teraz więc ona na swoim dziecku – króliku doświadczalnym – zrekompensuje sobie swoje nieudane życie. To są dramaty.

Powiernik, kumpelka, dobra inwestycja... Są też matki, które ze swoich synów robią mężczyzn swojego życia.

Luba Szawdyn: To kolejna sytuacja, kiedy dziecko nie jest dzieckiem, ale ma czemuś konkretnemu służyć. Moja córka jest po to, żebym mogła się jej zwierzyć, lub po to, abym poczuła się młodo. Dzięki dziecku mam zarobić, zabłysnąć, mam się na nim oprzeć. Albo właśnie ono ma mi wypełnić pusty świat – bo temu ma służyć syn, który jest dla swojej matki mężczyzną życia. Często pierwszym i ostatnim. To jest tęsknota za tym, aby ktoś wypełnił nam naszą przestrzeń. Same sobie z nią nie radzimy, nie potrafimy w żaden sposób jej zagospodarować: nie mamy satysfakcjonującej pracy, żadnej pasji, dobrych albo nawet żadnych relacji z innymi ludźmi, dobrej relacji z partnerem, czasem w ogóle go nie mamy, i teraz ten mały chłopiec ma sobą wypełnić tę całą pustynię. Mamy nad nim władzę, więc go do siebie przywiązujemy. Uzależniamy od siebie, bo jest nam potrzebny. To powinno być karane. Potem pracuję z partnerkami takich chłopców, którym jakimś cudem udało się założyć rodzinę. One z płaczem opowiadają, jak ich dorosły mąż z każdą sprawą udaje się do matki, jak codziennie po pracy wpada do niej na obiad, z nią omawia każdy szczegół, a potem w domu żonie ani dziecku nie ma już nic do powiedzenia. Poza tym przecież nie będzie opowiadał o sobie kobiecie, która na pewno „nie czuje go” tak jak matka, z którą jest nadal zrośnięty.

Co kieruje tymi wszystkimi matkami? Z czego wynika ich postawa?

Luba Szawdyn: Przyczyna jest prozaiczna: dzieje się tak, gdy kobieta, która zostaje matką, nie jest do tej roli gotowa. Są szkoły rodzenia, w których kobieta jest przygotowywana do porodu. A potem? Dalej radź sobie sama i rób, co chcesz! Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję, w dużym skrócie mówię, że moją rolą jest doprowadzenie człowieka do momentu, w którym zgodzą się w nim ze sobą trzy obszary: myśli, uczucia i popędy. Żeby głowa „nie latała” osobno, mówiąc: „Wiem, wiem, wiem”, uczucia osobno („Gdy krew mnie zaleje, to już nic nie wiem”) albo żeby nie rządziły mną jedynie popędy.

Rozumiem, że kobieta, zanim zostanie matką, i mężczyzna, zanim zostanie ojcem, powinni sobie te obszary połączyć w spójną całość.

Luba Szawdyn: Nie znam innego sposobu na dojście do ładu z samym sobą, więc tym bardziej należy wykonać ten zabieg, kiedy bierze się na siebie odpowiedzialność za wychowanie drugiego człowieka. Bo inaczej zdarzają się właśnie takie koszmarne historie. I ból, niespełnienie, niemożność ułożenia sobie życia ciągną się w jednej rodzinie przez kolejne pokolenia. To nie jest żadne fatum, ale ludzka niedojrzałość, głupota, brawura.

Nasz ekspert:
LUBA SZAWDYN lekarz psychiatra, doświadczona terapeutka. Jest specjalistą od terapii uzależnień i prekursorem lecznictwa odwykowego w Polsce. Wykłada na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Prowadzi prywatną praktykę.