Swoje nadzwyczajne zdolności odziedziczył po babci Marii, która służyła we dworze w Wiśnicy. Słynęła w okolicy jako znakomita zielarka. Leczyła z różnych przypadłości, zdejmowała klątwy i odczyniała uroki. Wzywano ją, gdy krowy przestawały dawać mleko albo gdy ktoś złamał nogę, bo umiała poskładać pogruchotane kości. A przy tym wszystkim biegle posługiwała się kartami. - Słuchanie jej opowieści sprawiało mi wiele radości - wspomina Zbigniew, który już w dzieciństwie miewał "przebłyski" jasnowidzenia, potrafił też dostrzec kolory aury człowieka. Tajemnicze i magiczne opowieści pasjonowały go tak bardzo, że z zapartym tchem słuchał na lekcjach religii o cudach czynionych przez Jezusa.

Szczególnie trafnie przeczuwał losy najbliższych. Do dziś chętnie opowiadana jest w rodzinie historia o tym, jak kilkuletni Zbyszek ostrzegał wujka, aby nie przechodził następnego dnia przez most. Wujek nie posłuchał, a most runął. Na szczęście skończyło się tylko na złamaniu nogi.

Pewnej nocy sześcioletniego Zbyszka nagle ogarnął go dziwny niepokój, a na plecach chłopiec poczuł przenikliwy chłód. Był pewien, że ktoś przeszedł tuż obok niego przez pokój. A jeszcze o północy same otworzyły się drzwi... Okazało się, że poprzedniego dnia odbył się pogrzeb sąsiada. Być może jego dusza odszukała najwrażliwszą osobę w okolicy, by ostatecznie pożegnać ziemski padół...

Spotkanie z mędrcem

Zbigniew Warda wychował się w Lublinie, w blokowisku na osiedlu Kalinow-szczyzna i z tym miastem łączą go najmilsze wspomnienia. Ukończył technikum mechaniczne i przez jakiś czas pracował jako technik obróbki skrawaniem. Potem studiował psychologię i księgi wedyjskie, podróżował po świecie, ale wciąż czuł, że brakuje mu celu w życiu. Przełomowa okazała się decyzja o wyjeździe z Polski w 1989 roku do Związku Radzieckiego, gdzie zajął się... handlem. Gdy zarobił trochę grosza, ruszył w podróż po tym rozległym kraju. Ponad pół roku spędził w maleńkiej wiosce za Uralem. Mieszkał w namiocie, rąbał drewno, grzał się przy ognisku, pił wodę z przerębli... Poznał tajemnicze rytuały uśmierzania bólu ziołami zbieranymi w wysokich partiach gór. - Poprzez oddalenie się od cywilizacji chciałem oderwać się od rzeczywistości, w której żyłem i w ten sposób dotrzeć do czegoś ważnego. Wtedy odbyłem najdłuższą podróż swego życia: podróż w głąb siebie - mówi Zbigniew Warda.
Przyczynił się do tego poznany za Uralem człowiek, o którym Warda mówi "mój duchowy mistrz". Był starym człowiekiem, obdarzonym niezwykłą mądrością, choć nigdy w życiu nie przeczytał żadnej książki.

Miał też zdolności paranormalne oraz dar uzdrawiania. Mieszkał w maleńkiej, skromnej chatce z dala od ludzi. - Właśnie od tego człowieka zaczerpnąłem swoją magiczną wiedzę - wspomina Zbigniew. - Wciąż pozostaję z nim w kontakcie telepatycznym, czasem go też odwiedzam; ostatnio byłem za Uralem rok temu.

Spotkanie z nauczycielem dało Zbyszkowi siłę i pewność, że powinien kroczyć przez życie duchową ścieżką. Po powrocie z Uralu zdał sobie sprawę, że istnieje coś znacznie większego i potężniejszego, niż nasze zmysły i fizyczne ciało: - Nie mam wątpliwości, że żyjemy w wielu równoległych światach - mówi. - Opisano to już w Wedach. Istnieje pewien sposób przemieszczania się w czasie i przestrzeni. Nie jest to wcale lewitacja, lecz praca nad umysłem... - dodaje z tajemniczym uśmiechem.

Błysk absolutu

Zbigniew Warda przez sześć lat mieszkał również w Niemczech. Pracował jako robotnik na budowie, rozwoził pizzę, intensywnie uczył się języka. Coraz częściej zajmował się wróżeniem. Najpierw ze zwykłych kart, potem z tarota, który pojawił się w jego życiu dzięki poznanej w Niemczech Sahrze z Dalekiego Wschodu: ofiarowała mu pierwszą talię i pierwsze lekcje Wielkich Arkanów. Chociaż od tamtej pory minęło 15 lat, Zbigniew do dziś pamięta jej niesamowitą energię. - Poznawanie tarota to długi i żmudny proces - tłumaczy. - Może trwać wiele lat, nawet całe życie. Wizje, które się pojawiają podczas rozkładania kart, są dla mnie jak przesuwające się przed oczami kadry filmu. Kiedy stawiam komuś karty, wchodzę w jego aurę i doświadczenie, widzę obce mi postacie i zdarzenia... Muszę to poskładać w wizję przeszłości i przyszłości. Nie każdy tarocista o tym mówi, ale czytanie kart wymaga ogromnego duchowego przygotowania ze względu na wyczerpanie energetyczne w trakcie seansu.
Zbyszek Warda dzień rozpoczyna od medytacji, potem przyjmuje potrzebujących porady, duchowego wsparcia. Jednym stawia tarota, innym pomaga za pomocą bioenergoterapii, reiki lub hipnozy. Te metody często stosuje w Niemczech, gdzie co roku spędza kilka miesięcy, pracując w przychodni medycznej, ramię w ramię z lekarzami. Proszą go o konsultację, gdy np. nie są zgodni co do diagnozy albo gdy kolejny lek okazuje się nieskuteczny. Zbyszek jest traktowany jak lekarz, zaś koszty wykonanej przez niego sesji bioterapeutycznej zwraca pacjentom ubezpieczalnia.
Po lekturze "Modlitwy żaby" Antony'ego de Mello przeżył coś, o czym marzy każdy człowiek pracujący z energiami, czyli tzw. blask bramana - krótko trwające wrażenie ogromnej siły, jedności z ziemią, bogiem, uniwersum, bycia wszystkim i każdym. - W tej jednej chwili, w tym błysku, przeskakuje się, według wiedzy wedyjskiej, o kilka poziomów energetycznych w górę. To jest przeżycie, którego nie da się wyrazić słowami. Do dziś w moim ciele pulsuje tamto tajemnicze ciepło...