Niezależnie od miejsca, w które rzuca mnie los, ta chwila, gdy przed wschodem słońca pobiegłam sama na pustynię, ciągle wraca w snach. Budzę się wtedy mokra od potu, odczuwam nieskończoną tęsknotę za Afryką. I serce mi pęka, gdy pomyślę, że znów miliony dziewczynek przejdą przez to samo, co ja. W imię tradycji zostaną brutalnie okaleczone. Nie spocznę, aż usłyszę: koniec z tym! – mówi Waris Dirie, modelka, pisarka, założycielka Fundacji Kwiat Pustyni.

Gdańsk. Wiosenny poranek. Waris zakłada dres i wychodzi z domu. Powojenny budynek z niewielkim ogrodem stoi przy ślepej uliczce, która prowadzi do morza. Słychać jego szum, bo dom od plaży oddziela jedynie wąski pas sosnowego lasu. Łodzie rybackie właśnie wracają z połowu, nad nimi krążą mewy. Waris biegnie kilka kilometrów po pustej plaży, zachłystuje się powietrzem z zachwytu. Potem kładzie się na piasku i zamyka oczy. Czuje się „magic”. Wydaje się jej, że znów jest w Afryce. Wciąż pamięta zapach somalijskiej pustyni, jej domu. Teraz jej dom jest tutaj, w Gdańsku. Stąd pochodzi przyjaciółka – Joanna Jasik.

– Poznałyśmy się kilka lat temu w Wiedniu. Byłam gościem konferencji, którą Joasia organizowała. Od razu pokochałam ją jak siostrę. Dobrze się rozumiałyśmy. Połączył nas los ludzi żyjących na emigracji. Mieszkałam wtedy w RPA, ale często odwiedzałam Joannę. Potem przeniosłam się do Wiednia, by być bliżej niej. A 4 lata lata temu przyjaciółka zaprosiła mnie w swe rodzinne strony. I już zostałam! Zakochałam się w polskim morzu. Było to spontaniczne uczucie, któremu się poddałam – mówi Waris.

Wynajęła dom przy plaży i ściągnęła do niego swoje afrykańskie pamiątki, obrazy, rzeźby. A niebawem – część rodziny. Rok temu razem z nią zamieszkały dzieci jej brata: 14-letni Mohamed i o dwa lata młodsza Halwo. Chodzą do szkoły, uczą się angielskiego i polskiego. Jest też Leon, syn Waris. Ma 3 lata, urodził się w Polsce. Kiedy zaczyna marudzić, Waris mówi do niego: „Hej, jaki masz problem? Jesteś najedzony, masz moją miłość. Nie krzycz, maluchu”. Wieczorami zaś szepcze mu do ucha: „Kiedyś zabiorę cię tam, gdzie się urodziłam”.

– Wychowałam się w rodzinie nomadów. W poszukiwaniu wody i pastwisk dla kóz i wielbłądów przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce. Naszym domem była chata pokryta plecionką z trawy. Spały w niej najmłodsze dzieci. Pozostali członkowie rodziny nocowali pod gwiazdami, przytuleni do siebie – wspomina Waris. – Wstawaliśmy ze wschodem słońca. Najpierw trzeba było pójść do zagrody i wydoić mleczne samice. Dopiero potem dostawaliśmy śniadanie z wielbłądziego mleka. Czasami mleka nie starczało dla wszystkich. Ale płakać mogły tylko małe dzieci, starsze cierpiały z głodu w milczeniu. Po śniadaniu każdy szedł do pracy. Gdy skończyłam 6 lat, dostałam pod opiekę stado owiec i kóz. Pędziłam je na pustynne pastwiska. Musiałam zapewnić im jedzenie i wodę, by napiły się do syta. Trzeba było uważać, by nie odejść od obozu zbyt daleko i wrócić przed zmrokiem, zanim hieny zaczną swój atak. Dzień kończyło dojenie zwierząt. Czasem przysypiałam ze zmęczenia, a mleko kapało na ziemię. Najmilsze były wieczory: zbieraliśmy drwa na wielkie ognisko i siadaliśmy kręgiem w jego cieple, gawędząc i śmiejąc się. To moje ulubione wspomnienie z Somalii – mówi Waris.

– Choć żyłam z dala od ludzkich skupisk, nie czułam się samotna. Z braćmi i siostrami, a było nasz sześcioro, wspinaliśmy się na drzewa, graliśmy w kółko i krzyżyk, rysując palcami po piasku, wypatrywaliśmy lwów, biegaliśmy za żyrafami.

W PUSTYNNYM ŻYCIU JEDEN MOMENT BYŁ STRASZNY: KAŻDA DZIEWCZYNKA MUSIAŁA ZOSTAĆ OBRZEZANA

- W Somalii i wielu krajach Afryki panuje przekonanie, że między nogami dziewczynki znajduje się coś złego. To coś jest jakoby nieczyste, więc musi zostać usunięte. Inaczej ona nie znajdzie męża. A to najgorsze, co ją może spotkać. Tłumaczy się nam, że to tradycja, ale nazywajmy rzecz po imieniu: to zbrodnia, przestępstwo, tortury, okaleczanie – tłumaczy Waris.

W książce „Kwiat pustyni” szczerze opisała, jak to jej zrobiono (miała wtedy 5 lat): „Znachorka popchnęła mnie na płaski kamień. Z płóciennego woreczka wyłowiła złamaną żyletkę. Na wyszczerbionym ostrzu dostrzegłam zaschniętą krew. Kobieta splunęła na żyletkę i wytarła ją o swą suknię. A potem dowiedziałam się, jak to jest, gdy ci wycinają część ciała. To tak, jakby ci ktoś obcinał na żywca rękę albo nogę. Zemdlałam. Gdy odzyskałam przytomność, myślałam, że już po wszystkim, ale najgorsze miało nadejść. Morderczyni zgromadziła mnóstwo kolców z rosnącej w pobliżu akacji. Przekłuwała nimi to, co zostało po zabiegu, a potem przeciągała przez dziury grubą nić. Nogi miałam zdrętwiałe, a płonący między nimi ogień był tak silny, że chciałam umrzeć. Spojrzałam w stronę kamienia: był zbryzgany krwią, jakby zarżnięto właśnie jakieś bydlę. Moje ciało, moja płeć, leżało tam, wysychając na słońcu”. – Omal wtedy nie umarłam. Wdało się zakażenie, dostałam gorączki, traciłam przytomność. Przez miesiąc wyłam z bólu, leżąc z nogami skrępowanymi od kostek aż po biodra jakimiś szmatami. Kiedy usunięto mi więzy, spojrzałam między uda. Odkryłam gładki kawałek skóry przecięty blizną podobną do suwaka. I ten suwak był bez wątpienia zasunięty. Zostałam zamknięta murem nie do przebicia – aż do weselnej nocy, gdy małżonek znajdzie sobie drogę do mojego wnętrza nożem lub w jakiś inny, równie brutalny sposób.

– Wiele dziewczynek nie przeżywa okaleczenia. Moja siostra i dwie kuzynki umarły. Wykrwawiły się, umarły z powodu zakażenia, powikłań. Te, które przetrwały, nigdy nie doznają radości z seksu. Tak jak ja. Kiedy zakochałam się w Danie, ojcu mego starszego syna Aleeke, zapragnęłam poznać tę radość. Ale jeśli mnie zapytasz, czy mi to sprawiło przyjemność, odpowiem, że tak, jednak nie w powszechnym rozumieniu tych spraw. Po prostu cieszyłam się z fizycznej bliskości człowieka, którego kochałam. Trzeba było lat, abym zdała sobie sprawę, że to, co mi zrobiono, to zbrodnia. Ale już wtedy, gdy mnie okaleczano, obiecałam sobie, że gdy będę duża i silna, zrobię wszystko by inne dziewczynki nie musiały tego przechodzić – wspomina Waris.

Jednak zanim to nastąpiło, przeżyła kolejną traumę. Pewnego dnia ojciec oznajmił, że postanowił o jej małżeństwie. Wybrankiem miał zostać starszy mężczyzna, który dawał za córkę aż 5 kóz. Waris była przerażona. Bała się starca. Zwierzyła się matce, że nie wyjdzie za mąż, ucieknie z domu. – Zrozumiałam, że chcę decydować o własnym życiu. Może dzięki mamie? Jest piękną i silną kobietą, pochodzi z bogatej rodziny z Mogadiszu. Ojciec – z klanu nomadów. Rodzina nie akceptowała jej wyboru, ale jej życie na pustyni wydało się takie romantyczne. Tej nocy, kiedy postanowiłam opuścić dom, powiedziała: „Dasz sobie radę! Uciekaj”. Gdy tuliłam się do niej ostatni raz, omal serce mi nie pękło. A potem pobiegłam w niewiadomą przyszłość – opowiada Waris.

Chciała odnaleźć rodzinę matki mieszkającą w Mogadiszu, stolicy Somalii. Oczywiście nigdy nie była ani w Mogadiszu, ani w żadnym innym mieście. Na oczy nie widziała też ciotki, ale dziecięcy optymizm kazał jej sądzić, że wszystko się ułoży. Bosa, ubrana tylko w udrapowaną chustę ruszyła przed siebie. Nie znała drogi, kluczyła, potykała się o korzenie. Każdy wydawał się jej przyczajoną kobrą. – Biegłam i biegłam godzinami – wspomina. W końcu spragniona, wyczerpana, usiadła pod drzewem i zasnęła. Rano dotarło do niej: „Boże, jestem sama. Co mam robić?”. Wstała i znów pobiegła. – Jak długo? Nie wiem. Czas przestał istnieć. Był tylko głód, strach i ból – wspomina.

Nie wie, jakim cudem, ale w końcu dotarła do Mogadiszu. Odnalazła ciotkę. Jej mąż został właśnie ambasadorem Somalii w Wielkiej Brytanii, szukał służącej do swej nowej rezydencji w Londynie. Waris ubłagała go, by wybrał właśnie ją. Niebawem znalazła się w Londynie. Myślała, że tu czeka ją lepsze życie, że wuj pośle ją do szkoły, nauczy się pisać i czytać. Nic z tego. Wuj nie zgodził się na jej edukację. – Pracowałam u niego przez 4 lata. Nie miałam ani jednego wolnego dnia – mówi Waris.

Lecz pewnego dnia jej los się odmienił. Sprawił to znany fotograf Terence Donovan. – To on zaczepił mnie na ulicy. Zobaczył we mnie modelkę. Pokazał, jak wspaniale jest być kobietą. I że nie mam się czego wstydzić. Jestem piękna. Spotkanie z nim było momentem, w którym zdjęłam z siebie niewidzialną zasłonę. Ciemny koc utkany ze strachu: czy jestem wystarczająco ładna, czy mój tyłek i piersi są w porządku? Terence sprawił, że trafiłam na okładkę kultowego kalendarza Pirelli. Dał mi siłę. Aż zaakceptowałam się w stu procentach. Kiedy więc trafiłam na wybieg i założono mi bikini, pomyślałam: „Chrzanić to! Idę!”. To był krok w stronę lepszego życia.

Kariera Waris potoczyła się błyskawicznie. Brała udział w kampaniach reklamowych Chanel, Revlon, Levi’s, L’Oréal. Została gwiazdą wybiegów Mediolanu, Londynu, Nowego Jorku i Paryża, pojawiała się na okładkach „Elle”, „Vogue”, „Glamour”. Kiedy dziennikarze pytali ją o rewolucję kobiet, o ich coraz silniejszą pozycję we współczesnym świecie, odpowiadała z uśmiechem:

KOCZOWNICZKA Z SOMALII STAŁA SIĘ MODELKĄ FIRMY REVLON. TO DOPIERO JEST WIELKA REWOLUCJA!

Jednocześnie coraz częściej myślała: „Takie życie mnie wykańcza. Nie dosypiam, chudnę, na twarzy pojawia się zmęczenie. Co ja tutaj robię? Po co mi to? Czy na tym ma teraz polegać całe moje życie?”. – Tęskniłam za dotknięciem ludzkiej ręki, za przytuleniem się do mamy, płakałam w poduszkę, czułam się zagubiona. Dla Somalijczyka rodzina jest wszystkim, a więzy pokrewieństwa równie ważne jak woda. Najcięższym przekleństwem w naszym kraju jest: „Oby po twoim domu biegały gazele”. To zwierzęta bardzo płochliwe, boją się ludzi. Życzyć komuś tego, oznaczało: chcę, żebyś został sam. A mnie właśnie to spotkało – znalazłam się z dala od rodziny.

Próbowałam odnaleźć w tym sens. Pocieszałam się: Waris, czym jest twój smutek w porównaniu z losem afrykańskiej dziewczynki, która musi biegać za swoimi kozami przez pustynię, gdy okaleczona nie może ustać z bólu? Albo z ciężarną w dziewiątym miesiącu ciąży, która musi ruszyć w busz, żeby znaleźć coś do jedzenia dla swych jedenaściorga dzieci? A co z tymi, które samotnie rodzą na pustyni i wykrwawiają się na śmierć, bo dziecko nie jest w stanie przejść przez ich zaszytą ciasno pochwę?

AFRYKAŃSKIE KOBIETY WIODĄ ŻYCIE WYPEŁNIONE BÓLEM. KTO IM POMOŻE? KTO PRZEMÓWI ZA TEN CIERPIĄCY W MILCZENIU TŁUM? WARIS UZNAŁA, ŻE TO JEJ PRZEZNACZENIE

– Ludzie muszą usłyszeć o potwornościach, których doświadczają kobiety. Dla mnie jest już za późno, ale trzeba ratować inne. Byłam już znaną modelką, liczyłam, że ktoś mnie wysłucha – przyznaje Waris. Podczas wywiadu dla „Marie Claire”, zamiast jak zwykle opowiadać o kolejnym pokazie mody, wyznała, co ją spotkało w dzieciństwie. – O intymnych sprawach nie rozmawiałam z rodziną, co dopiero z obcym człowiekiem. A jednak się odważyłam. Złamałam obyczajowe tabu, co grozi klątwą, nieszczęściem. Czy się bałam? Nie! Nikt mnie nie uciszy, gdy mówię o przestępstwie. Najgorszym, bo przeciwko dziecku, które nie może się obronić.

Waris przyznaje jednak: po tym pierwszym wywiadzie wróciła do hotelu, naciągnęła kołdrę na głowę i schowała się pod nią jak żółw w skorupie. Czuła się wyczerpana, oszołomiona. Kiedy w końcu zasnęła, śniła, że uciekły jej kozy i nie może ich znaleźć, mimo że pokrwawiła sobie nogi na kamieniach i cierniach. Obudziła się we łzach. – Ale szybko przyszła radość. Odzew na wywiad był ogromny. Zostałam zasypana listami poparcia. To natchnęło mnie otuchą. Udzielałam kolejnych wywiadów, przemawiałam w szkołach, organizacjach międzynarodowych. Wszędzie nagłaśniałam problem.

W 1996 roku Kofi Annan, sekretarz generalny ONZ, zaprosił mnie do udziału w walce przeciw okaleczaniu kobiet. Z dumą przyjęłam propozycję. Byłam pełna wiary, że niebawem zmienię świat. Ośmielona, opisała swój los w książce „Kwiat pustyni”. Na jej podstawie powstał film. – Pojawił się w trudnym momencie mojego życia. Znalazłam się pod ścianą. Miałam nadzieję, że dzięki moim staraniom cały świat pozna problem i coś z nim zrobi. Te nadzieje się nie spełniły.

Wiele wpływowych osób obiecywało, że pomoże, ale ich zaangażowanie kończyło się na jednorazowej konferencji czy wygłoszeniu referatu. A ja po przeczytaniu tysięcy e-maili, poznaniu dramatycznych historii tysięcy kobiet poczułam się wyczerpana, wypalona. Myślałam: „Mój Boże, co mogę jeszcze zrobić dla tej sprawy?”. I wtedy się okazało, że można jeszcze zrobić film. Może obraz przemówi mocniej niż słowa?

Po pierwszym seansie byłam chora. Aż do bólu szarpały mną emocje. Oby takie same dotarły do każdego serca – modliłam się. I tak było. Dostawałam e-maile z całego świata: „Widziałam film. Nie mogę zapomnieć”. I w Waris znów wstąpiły nowe siły.

Razem ze swą polską przyjaciółką Joanną założyła Fundację Kwiat Pustyni. Rozpoczęła światową kampanię przeciw okaleczaniu dziewczynek. – Bo to nie tylko problem Afryki. Zbrodnia dzieje się też w rodzinach HOMKA emigrantów w Stanach, Australii, a także w Europie. Ale dopiero po mojej interwencji Unia Europejska, po raz pierwszy, postawiła na wokandzie sprawę obrzezania kobiet. Przepisy w krajach zrzeszonych zaostrzono.

A jak jest w Afryce? – Rodzice wciąż wierzą, że zapewniają córkom przyszłość. W ich środowisku nieobrzezane traktuje się jak potencjalne prostytutki – mówi Waris. Na szczęście w jej rodzinie widać postęp. – Mój brat ma sześć córek. Każdego dnia powtarzam jego żonie: „Jeśli usłyszę, że dotknęłaś choć jedną, przyjdę po ciebie”. Kiedy rozmawiałyśmy po raz pierwszy, myślała, że żartuję. Gdy zrozumiała, że jestem śmiertelnie poważna, uciekła z domu na dwa dni. Tak była przerażona. Powiedziałam to samo bratu. Wysłuchał mnie. Jestem teraz spokojna, że nie okaleczy swych córek.

– Mama? O tym, co mi się stało, rozmawiałyśmy niedawno. Mieszkałam wtedy w Wiedniu, mama ciężko zachorowała i przyjechała do mnie na operację. To była jedna z najtrudniejszych rozmów w moim życiu. Spytałam: „Mamo, czemu mi to zrobiliście?”. Nie miała pojęcia, o co mi chodzi. Była naprawdę zaskoczona: „O czym ty mówisz, co z tobą? Kobieta nie może żyć taka otwarta. Chcesz mi powiedzieć, że wszystko może się tam dostać?” – broniła się. Nie przeszły jej przez gardło pewne słowa, musiałam się z tym pogodzić. Nikt z nią tak wcześniej nie rozmawiał. To u nas tabu.

Teraz? Wiele się zmieniło, bo latami ją błagałam: „Mamo, powstrzymaj to! Wszędzie, gdzie pójdziesz, mów: »Stop obrzezaniu«”. I mama zrozumiała, że to jest złem. Nie chciała zostać ze mną w Europie, wróciła na pustynię. Rozumiem ją. To przecież wszystko, co zna. Ale ma na tej swojej pustyni telefon, często rozmawiamy. Jest teraz moim tajnym detektywem. Jestem z niej dumna! A z Waris dumny jest cały świat. Do fundacji codziennie przychodzą e-maile: „Waris, zmieniasz rzeczywistość! Właśnie przeczytałam, że dwadzieścia klanów w Somalii uradziło, by odejść od tradycji obrzezania kobiet”. – I co? To za mało! – mówi Waris. – Kiedy usłyszę: „To już się nie dzieje. To koniec!”, wtedy odpocznę.