MONIKA, 36 LAT, I JAŚ

Wtorek, 27 listopada 2012, godzina 11, Szpital św. Zofii w Warszawie. Jaś urodził się po sześciu godzinach od naszego przyjazdu do szpitala. To szybko? Wolno? Nie wiem. Ale od początku… Chyba byłam za bardzo do tego dnia przygotowana. I dopiero kiedy wszystko na dobre się zaczęło, zrozumiałam, że plany muszę odłożyć na bok. Bo do tego nie da się przygotować. Naczytałam się książek, poradników, zadawałam lekarzom pytania – to tylko potęgowało strach. W pewnym momencie, już po podaniu mi znieczulenia, Jaśkowi zaczął spadać puls. Patrzyłam na monitory i wiedząc, że dobrze jest, kiedy puls dziecka jest ok. 100, widziałam, że spadł do 60! Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że ta wszechstronna wiedza, w którą próbowałam się uzbroić przed porodem, to broń obosieczna. Nie warto tak się przygotowywać, wszelkiego rodzaju oczekiwania mogą być powodem rozczarowań. I co chyba najważniejsze, powodują zamknięcie się na to, co naprawdę tu i teraz się dzieje.

Wymarzyłam sobie, że poród będzie dla mnie pewną cezurą w życiu, mistycznym doświadczeniem. Chciałam się zatracić, nie kontrolować. Przez moment być kobietą, która zapomina, co wypada, jak należy wyglądać. Chciałam się spotkać ze swoimi granicami. Z bólem. Stało się inaczej, bo w końcu po konsultacji z Tomaszem (ojcem Jasia) i położną zdecydowałam się na znieczulenie. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że do tego wydarzenia trzeba podejść z pokorą i zaakceptować to, co się dzieje, każdy scenariusz. Planowanie się nie sprawdza. Już nie mówiąc o tym, jak moje podejście do porodu różni się od opowieści o tym wydarzeniu mojej mamy czy babci. Nie chcę teraz powiedzieć, że za dużo było w moim rodzeniu ideologii, absolutnie nie. Inne są czasy, świadomość, inna jest medycyna. Chodzi tylko o umiejętność poddania się chwili, a w tym grafik zwyczajnie przeszkadza. Rodziłam w luksusowych warunkach. W estetycznym pokoju, z łazienką, wanną, piłkami… obok Tomek (chociaż pierwotnie miał być tylko na początku a nie podczas całego porodu – to też była zmiana planu i kwestia wyobrażeń, że poród to tylko kobieca strefa), sztab ludzi i maszyny, które dawały poczucie bezpieczeństwa, że jeśli coś pójdzie nie tak, Jaś będzie miał wszystko, co potrzebne. Aż zdarzyło się to, czego się nie spodziewałam – stąd to moje podkreślanie, że natura sama pisze scenariusz – w jakimś sensie zamknęłam się w sobie. To był jedyny moment w moim życiu, kilka godzin, które spędziłam sama ze sobą. W emocjonalnej ciszy. Byłam pewna, że poród będzie dokładnie czymś odwrotnym – otwarciem się. Stało się inaczej. I to było piękne.

Kiedy Jasiek już się urodził, położono mi go na brzuchu. I tak razem leżeliśmy przez dwie godziny. Magiczny czas. To kolejna rzecz, na którą nie można być gotową. To były emocje, których nie można porównywać z innymi. Podarowanie sobie uczucia, którego nie doświadczy się w innym momencie. Nie jest to miłość, która wybucha w sekundę, ale ona wtedy właśnie się zaczyna, potem pokornie się jej uczysz. Jasiek wyglądał ślicznie, pewnie każda mama tak mówi… Był dużym niemowlakiem, z piękną, oliwkową cerą. Nie było łez wzruszenia, raczej popatrzyliśmy na siebie z Tomaszem z niedowierzaniem i powiedzieliśmy sobie: „O matko, jaki to fajny mały człowiek”. Tak go bardzo poważnie potraktowaliśmy. Bo w brzuchu był jednak dość abstrakcyjny. A wtedy uwierzyliśmy, że on naprawdę jest. Po porodzie zaczęły się problemy. Miałam w sobie bardzo dużo lęku, który mnie, niestety, od Jaśka oddalał. Bałam się go dotykać. Bałam się, że zrobię mu krzywdę. Mój synek leżał w „mydelniczce”, a ja patrzyłam, jak inne matki biorą swoje dzieci na ręce… Bałam się. I myślałam o sobie same najgorsze rzeczy, że moje dziecko będzie skrzywione w przyszłości, bo kiedyś matka za bardzo się o nie bała. To był zły czas. Ciągle płakałam. Źle znosiłam ból, który towarzyszył mi przez tydzień po porodzie. I ta niedyspozycja mnie upokorzyła. Była wszechogarniająca, przez nią nie umiałam skupić się na tym, co nowe, na tym, co dobrego właśnie się zdarzyło w moim życiu. To na szczęście mija. No cóż, baby blues…

EWA, 65 LAT

Środa, 4 maja 1977, godzina 22, ulica Karowa w Warszawie. Nie mieliśmy samochodu, podobno mąż zawiózł mnie do szpitala autobusem, niemalże ostatnim tamtego dnia. Zupełnie tej podróży nie pamiętam. Wtedy nie było mowy o zwolnieniach lekarskich podczas ciąży. Podobnie jak o szkołach rodzenia czy jakichś przygotowaniach duchowych do porodu. Pracowałam do ostatniego dnia, mogę powiedzieć, że urodziłam córkę wieczorem po solidnie odpracowanym dniu! Mąż nie mógł zostać ze mną w szpitalu. Zatem odstawił mnie do izby przyjęć i wrócił do domu. Wiedziałam, że przez pewien czas nie będziemy się także słyszeć – żadnych komórek ani nawet telefonu stacjonarnego w domu. Zostałam sama – to było dla mnie normalne. Urodziłam Monikę jeszcze przed północą. Chwilkę to trwało. Gdy słyszę kobiety opowiadające o znieczuleniach, mękach, matki, które nazywają poród rzezią – włosy stają mi na głowie. Jaka rzeź? Ale może tak o tym myślę, bo usłyszałam od lekarza: „Pani to tylko rodzić powinna!”. Z porodu w ogóle nic nie pamiętam, żadnego bólu, żadnych doznań. Jeśli już coś utkwiło mi w pamięci, to przygotowanie do porodu, golenie, lewatywa… Ubrali mnie w ohydny kaftan, rodzące musiały być w takich samych uniformach, a potem… karnie wykonywałam wszystkie polecenia i urodziłam córkę. Ot, cała filozofia! Żadnych złych wspomnień. Po porodzie od razu zabrali mi Monikę, nie było mowy o budowaniu wtedy bliskości między matką a dzieckiem. I mnie – może powiem teraz coś niepopularnego – bardzo to odpowiadało. Byłam trochę zmęczona – po całym dniu pracy i po porodzie, więc chciałam odpocząć. Dziecko przynosili mi tylko na karmienie, a zobaczyć je mogłam wyłącznie przez szybę. Muszę przyznać, że w tym szpitalu, w którym leżałam tydzień, bo takie były wtedy standardy, bardzo odpoczęłam. Żadnych domowych obowiązków, gotowania obiadów, nie musiałam chodzić do pracy – to były wakacje od codzienności. Tak wspominam tamten czas. W szpitalu naładowałam akumulatory na powrót do domu, bo w domu to już siły były potrzebne. Matka wszystko przy dziecku robiła sama, ojciec w to się nie angażował.

Gdy słyszę dzisiaj o depresjach poporodowych, to dla mnie są fanaberie! Jaka depresja? Mam być smutna, że dziecko się urodziło? Czy mam nie mieć siły, żeby opiekować się dzieckiem? Bzdury! Siłę się ma, bo ją trzeba mieć, i koniec. Natura za to odpowiada. Współczesnych młodych kobiet trochę nie rozumiem. Narodziny mojego wnuka to już inna bajka… Dzisiaj robi się zbyt wiele hałasu o to, co jest najbardziej naturalną sprawą na świecie. I przez tę nowoczesność mnoży się lęki. Postęp cywilizacyjny ma i dobre, i złe strony. Kiedy byłam w ciąży, nikt nie słyszał o USG, o płci dziecka też nie miałam wcześniej pojęcia. Dzięki temu nie myślałam, że coś mogłoby być nie tak: złe ułożenie płodu, wady genetyczne. Matki z mojego pokolenia były od tych wszystkich strachów wolne! I na pewno nie mniej szczęśliwe.

WANDA, 89 LAT

Niedziela, 1 sierpnia 1948, godziny popołudniowe, Szpital Bielański w Warszawie. Tego dnia byliśmy na imieninach. I tam się zaczęło. Do szpitala poszłam na piechotę. Nie było blisko. Najgorsze bóle chwyciły mnie w drodze do szpitala. Na miejscu już wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Bez żadnego pieszczenia się ze sobą. Takie to były czasy. Ale byłam bardzo żywotna, dużo i ciężko pracowałam, takie kobiety szybko rodzą. Najgorsze było po porodzie. Lekarz, postawny mężczyzna, agresywny, źle go wspominam, wrzasnął tylko: „Córka”, i to moje dziecko złapał za nogi i gdzieś zabrał. Darłam się strasznie: „Co pan doktor z nią robi? Jak to się dziecko niesie?”, ale nie było żadnej reakcji. Oni o nic nie dbali. Potem zapakowali mnie do łóżka. Jak Łazarza. Z brudną, niepowleczoną pościelą. Pamiętam tę czerwoną kołdrę i poduszkę bez powłoczki. W takim barłogu leżałam. Okropne miejsce ten szpital… Całe życie, do dzisiaj, omijam go z daleka, nawet przejeżdżać tamtędy nie chcę. Ale dziecko to jest rozweselacz. Jak już się je ma, to człowiek się cieszy. Tylko że ja od razu zaczęłam się też martwić, bo urodziłam córkę. O córkę matka bardziej się boi niż o syna. Już wtedy, w tym szpitalu, zastanawiałam się, jak się ułoży jej życie. Czy dam dziecku to, co trzeba. Takie myśli nie są dobre dla młodej matki. Ale to były czasy bardzo ciężkie. Nie do życia. Nie do rodzenia dzieci. Dzisiaj to co innego… Wszystko jest, to i radość inna.