Czy warto angażować się w letni romans? Czy powinnam liczyć, że z tego wykiełkuje coś trwałego? Jak rozpoznać, czy facet, który mnie podrywa, myśli o mnie poważnie, czy traktuje mnie jak kolejne potencjalne trofeum letnich podbojów?
Elwira

Odpowiada Marcin Prokop  - Dziennikarz prasowy i telewizyjny, facet o żelaznym poczuciu humoru, znawca życia i męskiej psychiki, dyżurny felietonista Glamour

Podziwiam cię, że przy słupku rtęci sięgającym tego lata 30 stopni w cieniu wciąż chce ci się zastanawiać nad wakacyjnymi romansami zamiast nad zaklęciem, które chociaż na moment zamieni cię w podbiegunową fokę. Przynajmniej ja właśnie o tym teraz myślę... Koncepcja mało prawdopodobna, tak samo jak założenie, że z wakacyjnego romansu może wyniknąć coś poważniejszego niż przelotna znajomość. Słowa „przelotna” w ostatnim zdaniu użyłem z premedytacją – emocjonalne ambicje większości facetów podczas letnich amorów kończą się właśnie na chęci „przelecenia kogoś srebrnym aeroplanem”, parafrazując słowa dawnego przeboju grupy Alibabki, który właśnie przeleciał przez moje radio.
Zostało to zresztą dowiedzione naukowo. Odkryto mianowicie, że podczas wakacji mężczyźni produkują znacznie więcej testosteronu, co przekłada się na arsenał ich urlopowych zachowań. Najczęściej można wśród nich zaobserwować syndrom chomika w rui, który uciekł z terrarium. Błędny wzrok natarczywie poszukujący samicy, nerwowe miotanie się między plażą, smażalnią ryb i nadbrzeżną dyskoteką, kompulsywne zaczepianie przypadkowych przedstawicielek odmiennej płci, niechęć do budowania relacji głębszych niż uzyskanie odpowiedzi na pytanie: „Cześć, jak masz na imię?”. Przy czym zapał takiej postaci do podejmowania dalszej aktywności najczęściej dość skutecznie gasi uprzejme: „Kasia. A co u żony?”. Na hasło „żona” nasz bohater znów zmienia się w małego chłopca, który wie, że właśnie coś przeskrobał, więc kuli się potulnie w kącie, ssąc kciuk.

Pytasz, jak rozpoznać takiego sezonowego łowcę biustonoszy?
Schemat jego działania jest zawsze podobny. Zaczyna się od kryzysu tożsamości – nudny księgowy, po zrzuceniu przykurzonego garnituru od francuskiego krawca (Carrefoura, względnie Leclerca), którego nie zdejmował przez ostatnie miesiące, nagle zaczyna przedstawiać się nowo poznanym paniom jako reżyser telewizyjny lub właściciel agencji modelek. Na wszelki wypadek zmienia też miejsce zamieszkania, gdybyś zechciała go namierzyć po urlopie. Oczywiście z jego palca znika również obrączka, równolegle zaś na jego ramieniu wykwita tatuaż z głową demona (zrobiony henną) zaświadczający o niełatwym charakterze oraz burzliwym i przygodowym życiu. W końcu kobiety, jak pisał mistrz Witkacy, najbardziej kochają łobuzów. Dzieła zniszczenia dopełnia fantazyjnie wypielęgnowany zarost przypominający ogrodowe labirynty pałacu Buckingham oraz – obowiązkowo! – postawiony na sztorc kołnierzyk w koszulce polo. Nosicielom tego typu garderoby wydaje się chyba, że wyglądają groźnie i nonszalancko zarazem, nie mając świadomości, że płachta bawełny w kształcie lotni okalająca szyję do wysokości uszu kojarzyć się może co najwyżej z weterynaryjnym kołnierzem dla psa.
Tak przysposobiony nasz Casanova rusza na łowy. Wydawać by się mogło, że skuteczność jego działań będzie podobna do próby upolowania tygrysa za pomocą kija od szczotki. No bo przecież większość kobiet bezbłędnie rozpozna w wyżej opisanym Mietku czy Radku tandetnego, sezonowego lawstoranta i natychmiast spuści go na szczaw.
Otóż nie! Obserwując erotyczne sukcesy tego typu wątpliwych postaci, dochodzę do wniosku, że albo – drogie panie – jesteście ślepe i głuche, albo z premedytacją chcecie takimi pobyć przez czas letniej kanikuły. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedziała mi moja doświadczona życiowo koleżanka, która twierdzi, że żaden botoks nie wygładza zmarszczek tak jak niezobowiązujący wakacyjny seks, a żaden psychoterapeuta nie podbudowuje ego skuteczniej niż cielęce spojrzenie młodszego o połowę absztyfikanta. Choćby nawet nie był piękny jak Dorociński ani mądry jak Tomasz Lis, a zamiast sushi wolał gofra z polewą.