Gdyby żyła, we wrześniu kończyłaby równo 70 lat. Choć odeszła w rozkwicie urody i talentu, w wieku 44 lat, los okazał się łaskawy dla jej legendy: pozostała nieśmiertelna. Jej samej jednak nie rozpieszczał. Zaznała całej skali przeżyć: od szczęścia po dno rozpaczy. Jak austriacka cesarzowa, w którą wcieliła się na początku kariery. Rola pięknej i tak naprawdę nieszczęśliwej Sisi przyniosła aktorce wielką sławę. I niespodzianie splotła się z jej życiem prywatnym.

Wychowana w chłodzie

- Nie wiem, co mam robić w życiu, ale w filmie potrafię wszystko - powiedziała kiedyś. Zagrała w ponad 60 filmach, m.in. w "Okruchach życia" czy "Najważniejsze to kochać" naszego rodaka Andrzeja Żuławskiego. Granie miała we krwi - w końcu była córką pary austriackich aktorów, a i dziadkowie występowali na cesarskim dworze. Za to przez całe niedługie życie brakowało jej poczucia bezpieczeństwa. - Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam 7 lat. Zamieszkałam z babcią. Nie wiedziałabym, jak dobrze było mi u niej, gdybym potem nie trafiła do szkoły u zakonnic - mówiła. Czuła się tam bardzo samotna. Kiedy z ulgą opuściła klasztorne mury, jej piękna matka ściągnęła ją na casting do filmu. Świeża i beztroska Romy - która naprawdę nazywała się Rosemarie Albach-Retty - zauroczyła zebranych i rolę dostała. Miała wtedy 15 lat i wiedziała: będzie grać. Propozycji nie brakowało. Umiała wybierać role i reżyserów. Za to instynkt zawodził ją w relacjach z mężczyznami, którym zawierzała bez reszty.

Wielka, wielka miłość

Miała 20 lat, gdy na planie dramatu "Christine" poznała początkującego aktora Alaina Delona. "Ten romans się nie zaczął, on wybuchł" - pisały gazety. Konserwatywni Austriacy byli zbulwersowani związkiem swojej młodziutkiej ulubienicy z rozpustnym "francuskim kogucikiem". Ale Romy kwitła. - To miłość mojego życia - mówiła. "Narzeczeni Europy", jak ich nazywano, wkrótce ogłosili zaręczyny.

Nigdy się nie pobrali. Ujmujący Delon miał jedną wadę: nie potrafił być wierny. Romy płakała, rzucała wazonami, ale wybaczała. I coraz więcej pracowała. Po świetnej roli w "Boccacciu’70" upomniało się o nią Hollywood. I gdy tam kręciła "Proces" w reżyserii Orsona Wellesa, niespodzianie przyszła z Francji wiadomość, że Delon właśnie zakończył ich pięcioletni związek. Nie była na to przygotowana. Podcięła sobie żyły. 

- Przyciągałam mężczyzn, którzy twierdzili, że mnie kochają, a w rzeczywistości nic mi nie dali - mówiła wiele lat później. Odratowana, po powrocie z USA zamieszkała w Berlinie. Tam poznała aktora i reżysera Harry’ego Meyena. Wyszła za niego za mąż, urodziła syna Davida. Cieszyła się, że ma dom, ale gdy z Paryża odezwał się Delon, by zagrała z nim w "Basenie", rzuciła wszystko i wyjechała do Francji. Film okazał się sukcesem, w przeciwieństwie do jej życia prywatnego. Niewiedząca, czego naprawdę chce, zażądała rozwodu. I coraz słabsza psychicznie popadła w depresję... Pocieszenie znalazła w ramionach swojego nowego sekretarza, Daniela Biasiniego.

Cios za ciosem

Już po ślubie Romy z Biasinim Meyen popełnił samobójstwo. Znaleziono u niego mnóstwo zdjęć aktorki... Czuła się winna. Wkrótce, wskutek wypadku samochodowego, poroniła. Potem zmarł jej mistrz, Visconti. Choć urodziła Biasiniemu córkę Sarah (dziś znaną we Francji aktorkę), to małżeństwo było już równią pochyłą. Nadużywająca leków i alkoholu gwiazda potrzebowała jego wsparcia, on zaś tylko jej pieniędzy. I gdy zdiagnozowano u niej nowotwór nerki, rekonwalescencję przechodziła już w domu nowego partnera.

Krytycy pisali, że przeżycia wzbogacały jej aktorstwo. Ona miała dość. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść. W wieku 15 lat zginął jej ukochany syn David. Przechodząc przez metalowe ogrodzenie, przebił tętnicę udową. Romy szalała. Kiedyś, sącząc koniak i paląc papierosa, zapisała w dzienniku, że widocznie powtarza los cesarzowej, którą zagrała w filmie "Sissy": też u szczytu, też zbolała z powodu śmierci dziecka. Nie umiała poradzić sobie z tym, co ją spotkało. W maju 1982 r. znalezioną ją martwą. Pisano: zawał, szeptano: samobójstwo. Pogrzebem zajął się Alain Delon, miłość jej życia. Prasę świata obiegło jego ciche pożegnanie: "Adieu, moja laleczko".