Pierwsza sobota lipca 1991 roku była dla Lidii normalnym dniem pracy. Nad ranem wróciła zmęczona z trasy koncertowej i marzyła tylko o tym, żeby jak najszybciej położyć się spać. Najpierw jednak musiała odbębnić występ na warszawskim stadionie Gwardii. Powtarzała sobie w myślach: tylko trzy piosenki i sen, tylko trzy piosenki… – To nie był dla mnie najlepszy okres – wspomina. – Po rozwodzie próbowałam ułożyć sobie życie, ale ciągle trafiałam na egoistów, którym matkowałam. Wtedy, latem 1991 roku, leczyłam rany po toksycznym związku. Traciłam wiarę, że jeszcze kiedyś znajdę szczęście.

Tamtego dnia Lidia czekała na swój występ na ławce pod drzewem. Przysypiała zmęczona upałem. – Nagle z tego odrętwienia wyrwał mnie męski głos. Ciepły, urzekający. Ktoś ze sceny z niezwykłą serdecznością opowiadał o tresurze psów. Tak mnie ten głos oczarował, że aż podniosłam się z ławki, choć jeszcze przed chwilą wydawało mi się to ponad siły. Właściciel czarodziejskiego głosu, ubrany w zielony kombinezon, kończył swój wykład. Obserwowałam, jak schodzi ze sceny, zmierza w stronę garkuchni. Wychodzi z niej z dwiema parującymi miskami w dłoniach. Szedł w moją stronę!

Odruchowo zrobiłam kilka kroków do przodu. „O, idziemy ku sobie” – rzucił nieznajomy. Pomyślałam: los zsyła mi podrywacza albo anioła.

– Zjedliśmy razem grochówkę i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Jan – bo tak miał na imię – jest weterynarzem. Biła od niego dobra energia. Pochwaliłam go, że pięknie mówił o zwierzakach. A on na to: „Gdybym nie kochał naszych braci mniejszych, nie wykonywałbym tego zawodu”. Rozmowa szła nam gładko, jakbyśmy płynęli na tej samej fali. Miałam wrażenie, że znamy się od zawsze. Rozumieliśmy się w pół słowa. Moje zmęczenie? Zniknęło! Świadkiem naszego spotkania była moja koleżanka z zespołu Partita. Stwierdziła potem: „Lidka, między wami była jakaś magia!”.

Jan okazał się ujmującym facetem. Szczerym, z fantastycznym poczuciem humoru. Niczego nie udawał, nie zgrywał się na donżuana. Wiedział, że Lidia jest artystką, znał jej repertuar, ale traktował ją po prostu jak zmęczoną, zagubioną kobietę. Poczekał, aż skończy występ, a potem zaproponował, że odwiezie ją do domu. – Zaprosiłam go na herbatę. Ale to on ją zrobił! Czuł się u mnie jak w domu. Był niezwykle naturalny. Spędziliśmy razem cały wieczór. Pojechaliśmy na dworzec po moją córkę, która wracała z wakacyjnego obozu. Potem Janek pomógł mi szykować się na koncert w hotelu Victoria. Cały czas wydawał mi się taki „mój”, jakbym to na niego czekała całe życie. Czułam, że spotkałam mężczyznę, który mógłby mi zapewnić poczucie bezpieczeństwa.

Lecz nawet piękny sen kiedyś się kończy. Janek musiał wracać do domu. Na pożegnanie powiedział: „Jesteś świetną dziewczyną, ale mam kogoś na stałe. Nie mam prawa robić ci bałaganu w życiu, bo niczego dobrego nie mogę ofiarować”.

Dla Lidii to był szok. Stał przed nią mężczyzna stworzony dla niej. Dlaczego więc mówi jej: żegnaj!?

– Byłam wściekła. Miałam żal do losu: jak mógł zesłać mi kogoś tak niezwykłego i natychmiast zabrać? Jednocześnie Janek wzbudził mój szacunek tym, że grał uczciwie. Czasem ludzie spotykają się za późno. Tak właśnie jak my. Ale los zostawił mi furtkę. Dostałam numer telefonu do jego mamy, którą codziennie odwiedzał. – Mijały miesiące, a ja wciąż nie mogłam o nim zapomnieć. Głęboko zapadł mi w serce, był w moich myślach, snach, marzeniach. Zaczęłam pisać do niego listy. Były kreacją moich tęsknot, grą wyobraźni. Pisała, jak bardzo zburzył jej spokój, jak mocno zapadł jej w serce. W jednym z listów wyznała: „Uosabiasz wszystko, za czym tęsknię w mężczyźnie: ciepło, serdeczność, pokłady opiekuńczości. Czuję się rozżalona jak dziecko, że nie możemy być razem”.

Wszystkie listy pozostawały bez odpowiedzi. – Mimo to myślałam o nim zawsze, kiedy było mi źle. Zastanawiałam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybyśmy byli razem. Co roku chowałam do kieszeni swą dumę i dzwoniłam do Janka 24 czerwca, w dniu jego imienin. Oczywiście, dzwoniłam na numer jego mamy. Składałam mu życzenia z nadzieją, że da mi jakiś znak. Nie dawał. Ale Lidia i tak śpiewała na swych koncertach: „Jest takie szczęście, może już blisko?/ Może się skrada do mnie wśród ciszy?/Jest takie szczęście, co mi się śniło/Lecz wiem, że kiedyś będzie prawdziwe!”.

– Mieliśmy z Jankiem wspólnego znajomego, aktora Janusza Zakrzeńskiego. Podpytywałam go często, co słychać u naszego doktora. Któregoś dnia powiedział: „Janek się ożenił”. Stałam wtedy na ulicy. Usiadłam na jakimś murku i się rozpłakałam.

Lidia straciła nadzieję, że kiedyś będzie z Janem. Związała się z kolegą muzykiem. Związek był ciepły, oparty na przyjaźni i wspólnych interesach. Ale wspomnienie Jana wciąż w niej trwało. Co roku dzwoniła do niego na imieniny. Wciąż słyszała jedynie kurtuazyjne: „Dziękuję”. Po 12 latach rozstała się ze swym partnerem. Po raz pierwszy od dawna była sama. Jej przyjaciółka Ewa Śnieżanka stwierdziła: „Jesteś na rozdrożu. Musisz iść do wróżbity”. – Broniłam się, ale ona umówiła mnie już na spotkanie z Ryszardem Zawadzkim. Usłyszałam: „W 2005 roku spotka pani mężczyznę, którego pani zna. Stworzycie szczęśliwy związek”. Nie przypuszczałam, że tym kimś okaże się Janek. Był już dla mnie niedosięgłym ideałem! Zażartowałam: „Jest rok 2003, co mam robić przez te dwa lata?”. Wróżbita odpowiedział: „Przygotować się”. Poszłam na psychoterapię, by uporządkować swoje emocje. Miałam problem z poczuciem własnej wartości, stosunkiem do mężczyzn. Szybko przestawałam ich fascynować, zbyt im matkowałam – mówi. – I tak na naprawianiu siebie minęły mi te dwa lata.W czerwcu 2005 roku, jak zawsze, zadzwoniłam do Janka na imieniny. To był mój czternasty raz. Podziękował za pamięć i szybko dodał: „Rozstałem się z żoną”.

Wreszcie padło pytanie, na które czekała 14 lat: czy możemy się spotkać?

Poczuła, że skronie zaczynają jej pulsować, serce mocniej bić. Na randkę biegła uskrzydlona. – To nie było romantyczna schadzka, ale czy to ważne? Janek jechał za miasto szczepić konie. Spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Zostawiłam na parkingu swoje auto i przesiadłam się do jego wozu. Cała byłam zalotna: oko wymalowane, włos ułożony na wałkach. Czułam się świetnie, właśnie schudłam 12 kilogramów. Ale zżerała mnie trema.

On też był spięty, niepewny. Zachowywaliśmy się jak para dzieciaków. – Bałem się, czy Lidka będzie mnie chciała, jak już mnie pozna – przyznaje Jan. Przez te lata oboje się zmienili: ona wyszczuplała, zmieniła kolor włosów, on wyłysiał, przytył. Ale Lidia miała wrażenie, że od ich wakacyjnego spotkania na stadionie Gwardii minęła zaledwie chwila. Nadal łączyło ich to nieuchwytne „coś”, co powodowało, że czuli, jakby znali się od zawsze. Wciąż to samo porozumienie dusz. – Rozmawialiśmy o życiu, o sobie. Dowiedziałam się, że mama Jana już nie podnosi się z łóżka, więc on opiekuje się nią troskliwie. Na swoje życie nie ma już czasu. – Na pożegnanie Jan dał mi buziaka, wręczył swoją wizytówkę. Poprosił: „Zadzwoń do mnie”. Zrobiłam to już następnego dnia, ale włączyła się sekretarka. Nagrałam się, podałam swój numer. Czekałam, aż oddzwoni.

Liczyłam na powtórkę z uczucia. Modliłam się o to do świętego Judy, patrona rzeczy niemożliwych: „Ciągle spotykałam egoistów, wreszcie pojawił się opiekun, uroczy, dobry. Tak by mi się zdał na tę moją jesień życia”. Niestety, telefon milczał. Dzień, dwa, tydzień. Uniosłam się honorem. Nie to nie. Ale byłam rozżalona, rozczarowana. Zwłaszcza że znowu mi serce mocniej zabiło! Na szczęście moja przyjaciółka Małgosia Iwanicka codziennie mnie męczyła: „Zadzwoń do Janka”. W końcu się przemogłam. Odebrał zaniepokojony: „Dlaczego się nie odzywałaś? Czekałem!”. Okazało się, że nie odebrał mojej wiadomości i uznał, że już go nie chcę.

Strach pomyśleć, że gdyby nie upór Małgosi, mogłoby nie być ciągu dalszego. Ale był. Zaczęliśmy się spotykać. Jednak ciężko nam szło. Janek całe swe życie podporządkował chorej mamie. Był ze mną i stale patrzył na zegarek: trzeba mamie dać leki, obiad. Absolutnie to rozumiałam. Miałam poczucie winy, że kradnę mu czas. Martwiłam się, że chyba jednak nam się nie uda. Ale nastąpił moment zwrotny. Janek zachorował, musiał się poddać rehabilitacji. Nie mógł opiekować się mamą. Na ten czas znalazł jej pensjonat, z ogrodem i dobrą opieką. Miała tam zostać, aż syn skończy leczenie. Ale zaprzyjaźniła się z pensjonariuszami i już nie chciała słyszeć o powrocie do mieszkania na trzecim piętrze bez windy. – Jego mama bardzo nam sprzyjała. Pragnęła, byśmy ułożyli sobie życie. I tak się stało.

Gdy Janek zyskał więcej czasu dla mnie, zaczęliśmy zacieśniać związek. Poznawał moich przyjaciół. Chodziliśmy do kina, teatru. Coraz trudniej było nam się z sobą rozstawać. W końcu Jan wyznał, że już mnie z rąk nie wypuści . I zażądał ślubu! – opowiada Lidia. – Jego datę wyznaczyła nam numerolog. Namówiła mnie na ten „zabieg” kolejna kochana, uduchowiona przyjaciółka – Dorota Stalińska. Argument? Szczęściu trzeba pomagać. Właściwie czemu nie? Lidia wymarzyła sobie ślub w romantycznym dworku swojej znajomej, ale ostatecznie odbył się tradycyjnie, w USC, bo urząd nie dał zgody na przysięgę poza nim. – Za to w tym dworku była weselna kolacja. Moja mama, zwykle nieskora do wzruszeń, wygłosiła przemówienie w stylu: „Dwie dobre dusze spotkały się w kosmosie”. Wszyscy się popłakali – wspomina Lidia. – Na weselu bawiła się moja wnuczka, a do tańca przygrywał zespół Pasjonata, w którym śpiewa moja córka Justyna. Było wspaniale.

W tym roku świętowaliśmy czwartą rocznicę ślubu. Czas mija, a nam ze sobą coraz piękniej – mówią.

– Wyznam w tajemnicy, że Lidka jest facetem w spódnicy, a ja łysą babą z wąsami. Dlatego tak nam ze sobą dobrze – śmieje się uroczy pan doktor. A jego żona dodaje: – W dojrzałym związku liczy się przyjaźń. Jan jest niezwykle lojalny, oddany. Ja nadal koncertuję, gram też w teatrze. Mąż dba o domowe ognisko: kwiaty na balkonie, obiad. Tylko stęknę, że coś mnie boli, a już jestem zaopiekowana. Zresztą wszyscy przybiegają do niego po ratunek. Czasem go stopuję: „Za bardzo się rozdajesz, święty Franciszku”.

– Jako weterynarz powiem „po zwierzęcemu”: osobniki, które się przyciągają, pachną dla siebie pięknie. Mnie zapach Lidii urzeka. Poza tym to kawał fantastycznego człowieka. Inteligentna, dowcipna, o dobrym sercu. A jakie ma śliczne ślepia! Patrzy na mnie jak foczka bałtycka, tak ją czule nazywam. Budzę się rano, leży takie cudo obok mnie, myślę: szczęściarz ze mnie, to wszystko moje! – zachwyca się Jan. A gdy jego żona wzdycha: „Szkoda, że nie wcześniej”, uspokaja ją i żartuje: – Nie żałuj. Widocznie to nie był nasz czas. Szukaj plusów. Nie zdążymy się sobą znudzić. Mamy krótki termin przydatności do spożycia. Lidia też się uśmiecha: – Ze szczęścia brak słów.

Powiem za Magdą Umer: „Choć już życia, psia mać, popołudnie, jest cudnie”.