Czytałam ostatnio raport dotyczący zwyczajów Millenialsów - podobno prawie 60 % przekłada dobre jedzenie nad seks. Czy teraz panuje moda na jedzenie?

(śmiech) Sama się zastanawiam, w której grupie bym się opowiedziała. Tak zupełnie serio jednak wydaje mi się, że zwiększyła się świadomość dotycząca jedzenia, a co za tym idzie pojawiły się różne mody. Jedni próbują diety wegańskiej, inni jadają bez glutenowo. Jedzenie jest na tyle bliskim nam obszarem, że dzięki niemu również budujemy swoją tożsamość. To co jemy - czy wegetariańsko, czy wegańsko jest w pewien sposób naszym komunikatem dla otoczenia.

Młodzi Polacy tak właśnie się komunikują? Nie lubią już mielonych?

Faktycznie, wiele się zmienia w tym zakresie. I nie jest to ulotny trend, mam nadzieję, że zmiana świadomości zostanie na dłużej niż chwilę. Jeśli ktoś przekonał się do dobrych nawyków żywieniowych, zrozumiał, czym są dobre produkty - nie wróci do swoich starych przyzwyczajeń.

A jak te nawyki w sobie wyrobić, zwłaszcza jeśli żyjesz w tradycyjnym domu? Co takiego stało się u Ciebie, że zaczęłaś myśleć o jedzeniu w innych kategoriach?

Sama pochodzę z dwupokoleniowego domu, w którym podchodziło się do gotowania tradycyjnie. Gotowała babcia, obiady przyrządzała też mama - w sposób mocno „po polsku”. Na stole pojawiał się rosół, schabowy, czasem nawet wątróbka (śmiech). W mojej rodzinie gotowało się zawsze, choć ja niechętnie przebywałam w kuchni. Później, jako nastolatka, zaczęłam się zastanawiać jak chciałabym jeść i przeszłam na wegetarianizm, tym samym musiałam zacząć więc kuchenne eksperymenty.

No właśnie, wiele osób chciałoby przejść na wegetarianizm, ale w kuchni ma dwie lewe ręce. Od czego zacząć?

Kiedy przeszłam na swoją roślinną dietę, moja mama zachęciła mnie do pierwszych prób gotowania dla siebie. Chodzi o przestawienie się. Ta sztuka nie jest trudna, produkty nie są wymagające, a często taki wegetariański obiad jest tańszy w produkcji niż schabowy. Trzeba trochę zmienić swoje myślenie.

fot. Gosia Bańka

Sama reinterpretujesz klasyczne przepisy babci i mamy?

Tak, robię wegańskie gołąbki czy wegetariański bigos. Wszystko zależy od wyobraźni i umiejętności. Lubię polską kuchnię.

Wiele przepisów wymyślasz jednak od początku do końca sama, z którego jesteś najbardziej dumna?

Chyba jako pierwszy przychodzi mi do głowy bardzo stary przepis na zupę z gruszki i pietruszki. Wykorzystuje się tu korzenie pietruszki i gruszki. To bardzo popularny przepis na blogu, często komentowany. Zaczęło się od tego, że pewnej zimy zostało mi w kuchni sporo korzeni pietruszki i dwie lekko przejrzałe gruszki. Wrzuciłam je do jednej zupy i gotowe. Czasem moje przepisy są zbiorową produktów, które akurat mam pod ręką, często też są wynikiem dłuższych eksperymentów. Tak było w przypadku gulaszu dla magazynu Kuchnia. Wymarzyłam sobie gulasz z pieczonych buraków, czarnej soczewicy i… gorzkiej czekolady. Czułam w głowie ten smak, przeczuwając, że to będzie bardzo dobre, jednak musiałam zrobić danie kilka razy, żeby w końcu się udało osiągnąć to, co chciałam.

Początkowo jednak nie miałaś planów na kuchenną rewolucję na skalę krajową?

Nie, na starcie traktowałam gotowanie jako hobby, takie na lata. Potem powoli zaczęły się wakacyjne wyjazdy na kuchnię, żeby w tamtejszych wegetariańskich restauracjach podszkolić swoje umiejętności, ale cały czas był to dodatek do moich studiów czy pracy w agencji reklamowej. Cały czas prowadziłam jednak bloga. W pewnym momencie tak bardzo zmęczyła mnie praca na akord w agencji, że musiałam zrobić sobie przerwę. Niespodziewanie, odezwał się wtedy do mnie magazyn z Nowego Jorku, prosząc o kilka przepisów. Potem kilka magazynów z Polski, a następnie zaproponowano mi prowadzenie warsztatów. Zdecydowałam, że stawiam wszystko na jedną kartę.

Jadłonomia to nie tylko receptury, ale też piękne stylizacje jedzenia i fotografie. Wszystko na blogu robisz sama?

W dużej mierze tak. Na chwilę obecną mam swoją prawą rękę, która pomaga mi głównie w organizacji warsztatów i innych wydarzeń kulinarnych. Wspiera mnie też ekipa programistów oraz wspaniała graficzka, która opiekuje się wyglądem strony oraz nowymi funkcjami. Jednak kreacja przepisów to moje królestwo - najpierw gotuję, potem stylizuję, fotografuję i edytuję zdjęcia, następnie spisuję przepis i wrzucam na bloga.

Wspominałaś o stażach wakacyjnych na kuchniach w restauracjach. Nie chcesz być szefową kuchni?

To dość trudne pytanie. Im więcej mam pracy przy blogu i książce, tym bardziej brakuje mi takiego wyjazdu z gotowaniem na kuchni, w której cały dzień pracuje się nieustannie na bardzo wysokich obrotach, a po wyjściu z pracy ma się tak ogromną satysfakcję. Jednak na chwilę obecną, mam tak wiele projektów - kolejne odcinki programu, przepisy dla magazynów, praca nad drugą książką, blog jest coraz większy i wymaga dużej uwagi. Ciężko mi jest znaleźć chwilę na taki kuchenny wyjazd z pracą w restauracji. Szalenie szanuję szefów kuchni - tam się pracuje od poniedziałku do niedzieli po kilkanaście godzin. Nie ma weekendów, czasem jest dzień wolny i to raz na kilka tygodni. Gdybym sama miała zostać szefową, musiałabym się całkowicie temu poświęcić i zostawić swoich czytelników… Rekompensuję sobie to częstymi podróżami kulinarnymi, w poszukiwaniu inspiracji, gotując z lokalnymi kucharzami, smakując.

Jak wyglądają takie wyjazdy?

Wszystkie wymagają przygotowania. Zwykle rok wcześniej zaczynam czytać o kulinarnej historii danego kraju, przeglądam książki kucharskie z przestrzeni lat, potem kiedy mniej więcej orientuję się w kuchni regionu - wybieram dania tradycyjnie wegetariańskie i wegańskie, sprawdzam skąd dokładnie pochodzą i tam się udaję. Robię mapę restauracji, szefów kuchni, a nawet albo zwłaszcza bazarów i targów. Często okazuje się, że najwięcej o danej potrawie i sposobie jej przygotowania dowiaduję się właśnie od kucharzy na targach. Czasem ta wysoka kuchnia łączy się ze street foodem.

fot. Gosia Bańka

Które kraje najbardziej Cię w sobie rozsmakowały?

Na pewno Izrael jest jednym z nich. Z powodu wielu kulturowych przemian i zawirowań jest mekką kuchni wegetariańskiej. Przede wszystkim kwestia koszerności - nie można łączyć produktów nabiałowych z mięsnymi, nawet w dłuższym odcinku czasowym. To bardzo wygodne. Prócz tego temperatura sprawia, że dania wegańskie są popularne - mają dłuższą datę spożycia - nie psują się tak szybko. Kuchnia arabska, z częścią Afryki oraz sporą dozą Europy - to prawdziwy kulinarny tygiel. I mnóstwo odsłon weganizmu. Pysznie zjemy tam na bazarach, tam jedzenie jest dużo bardziej "żywe". Kucharz ma kontakt z klientami, może na bieżąco przyjmować ich uwagi, zmieniać danie, poprawiać. Doda okrę zamiast soczewicy i już ma inne danie. To niesamowity trójkąt kucharza, jedzenia i klienta.

Twoja kuchnia jest z pozoru prosta, jednak często zawiera składniki, które ciężko dostać w lokalnym spożywczaku. Nie uważasz, że to może ograniczać grupę docelową do mieszkańców dużych miast?

Wydaje mi się, że wiele zależy od naszej wiedzy i czasu, który poświęcamy na gotowanie. Często jest tak, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie produkty można dostać w sklepie pod domem. Podam Ci przykład - w zeszłym miesiącu odwiedzałam rodziców, którzy mieszkają na bardzo małym osiedlu na obrzeżach Wrocławia. Poszłam do dobrze znanego mi warzywniaka i nagle okazało się, że prócz ziemniaków i sałaty pojawiła się tam półka, na której znalazłam tahinę, olej kokosowy, nasiona chia. Powiedziałam o tym mojej mamie, która do tego warzywniaka zagląda codziennie i przyznała, że w życiu tego nie widziała (śmiech). Im więcej gotujemy i próbujemy, tym łatwiej zlokalizować nam produkty. Często okazuje się, że są w zasięgu lokalnego spożywczaka.

Na blogu staram się tak tworzyć przepisy, żeby pewna część z nich zawierała ciekawe składniki jak kumin, tahina czy wędzona papryka, ale część opiera się o produkty bazowe np. paprykarz z kaszy jaglanej, do którego wystarczy kupić marchewkę, cebulę i kaszę jaglaną. Nie wspominając o zupie z gruszki i pietruszki czy wegetariańskim bigosie.

Składową Twojego sukcesu jest też pewnie fakt, że dla czytelników dostępna jesteś prawie 24 godziny na dobę?

To ważne w pracy blogera - kontakt z czytelnikami. To właśnie wyróżnia nas z grona celebrytów kucharzy z ekranu. Oni tam są na chwilę, znikają razem z kolejnym programem w ramówce. My dajemy poczucie, że zawsze można nas o coś zapytać. Myślę, że to dlatego tak wiele osób zagląda na Jadłonomię, bo czują, że te przepisy są przetestowane i to ja za nie odpowiadam.  To kwestia odpowiedzialności za całość. Są sprawy ważne, np. Walentynki, w które jakiś zaangażowany chłopak chce upiec ciasto dla swojej dziewczyny i kiedy pisze do mnie o 22 z pytaniem jak to zrobić, czuję, że sprawa jest poważna i nie zostawiam go bez odpowiedzi. Trzeba zaglądać do komentarzy, traktować pracę poważnie.

A skąd nazwa Jadłonomia?

Najpierw stworzyłam miejsce, w którym za namową znajomych, koleżanek mamy zebrałam wszystkie swoje przepisy. Potrzebna mi była jednak nazwa. Pamiętam, że spisałam na kartce kilka słów, które kojarzą mi się z jedzeniem i kulinariami. Z tego powstała hybryda Jadłonomia. Miało się kojarzyć zarówno z jedzeniem jak i pewną jego ekonomią, zrównoważoną kuchnią wegetariańską. Teraz nazwa i blog ma siedem lat.

W jaki sposób przekułaś niszowy blog w biznesowy sukces?

Początkowo był to blog wegetariański, ale w związku ze zmianami w moim jadłospisie stał się wegański. Mówiono mi "fatalny pomysł", "kto to będzie czytał", "już wegetariańskie jedzenie jest mało chwytliwe, a co dopiero wegańskie". Jednak nie przejęłam się tym i robiłam swoje, a jak widać, czarnowidzący znajomi chyba nie mieli racji. Momentem, w którym zaczęłam poważnie traktować swój blog, było zyskiwanie na popularności moich przepisów w sieci. Pierwszym takim hitem był hummus, który jeszcze kilka lat temu nie był tak popularny, jak teraz. Hummus idealny znalazłam w Izraelu i zaczęłam eksperymenty. Ten przepis z tygodnia na tydzień przyciągał kolejnych odbiorców. Podobnie rzecz się miała np. z falaflem i czipsami z jarmużu. Wtedy pomyślałam, że warto się starać, że ktoś jednak mnie czyta, a blog jest ważny i może być pracą.

Im bardziej komercyjny jest blog, tym większe ryzyko utracenia wiarygodności i mam tu na myśli współprace reklamowe. W jaki sposób Ty budujesz zaufanie?

Kiedy powstawała Jadłonomia postanowiłam, że będzie to blog wolny od reklam. Tzn. nie stronię od współpracy z markami przy warsztatach, ale uważam, że kluczowa jest pewna transparentność. Na blogu zdarzyło mi się pracować tylko z markami, które naprawdę szanuję i szczerze lubię. Dla mnie duża ilość komercyjnych projektów byłaby ciężarem - uważam, że zaśmiecanie mojej przestrzeni reklamami byłoby nie w porządku w stosunku do czytelników.

fot. Gosia Bańka

Pracujesz obecnie nad drugą książką? Pierwsza była wznawiana osiem razy?

Tak dokładnie. Poprzeczka postawiona jest wysoko. Z pracami przy drugiej książce wstrzymywałam się przez dwa lata, ale nadeszła chwila, w której ruszyłam. Wakacje i jesień przeznaczam na książkę, w domu gotuję, kreślę, kombinuję. Jesienią szykuje się jeszcze kilka podróży kulinarnych, skąd mam nadzieję przywieźć kilka dodatkowych przepisów do wydania. Głównym motywem będą właśnie te moje dalsze i bliższe podróże w poszukiwaniu kulinarnych odkryć ze straganów z całego świata.

Zatem powodzenia i dziękuję Ci za rozmowę, było pysznie. (śmiech)

Rozmawiała Weronika Płocha