Z Moniką Caputą, mamą Amelii, spotkaliśmy się w kilku miejscach bliskich jej sercu. Po pierwsze - za kulisami Teatru Wielkiego - Opery Narodowej, na scenie którego tańczyła przez 15 lat, po drugie w salce baletowej, w której uczy dzieci wrażliwości na muzykę i pierwszych scenicznych, baletowych układów. Monika, artystka z pasji i zawodu, większą część swojego życia poświęciła na samodoskonalenie się w balecie, z którego musiała w pewnym momencie zrezygnować. Jako mama jest w pełni oddana swojej córce Amelii i razem rozwijają jej artystyczne zainteresowania. Poznajcie te wspaniałe dziewczyny.

Zacznijmy od początków Twojej kariery baletowej.

Monika Caputa: Nie pamiętam dokładnie, kiedy pomyślałam sobie, że chciałabym tańczyć czy wykonywać zawód tancerki. To był chyba okres przedszkola, miałam 6 lat i mówiłam, że chcę „tańczyć na palcach”. W mojej rodzinie nie było żadnej tradycji baletowej, ani ze strony mamy, ani ze strony ojca. A ja od najmłodszych lat robiłam już mostki, szpagaty, zawsze lubiłam tańczyć.

Miałaś zapewne odpowiednie predyspozycje?

M: Chyba tak. Mama zapisała mnie na taniec towarzyski w Żywcu, bo wtedy nie było, tak jak teraz, szkół tańca czy prywatnych zajęć z tańca klasycznego. Po jakimś roku moja ciocia znalazła ogłoszenie w gazecie o naborze do szkoły baletowej w Bytomiu.

Czyli daleko od domu.

M: Tak, dokładnie. Pojechałyśmy z mamą na audycje. Szkoła w Bytomiu jest jedną z pięciu szkół baletowych w Polsce, sto kilometrów od domu. Zdałam pomyślnie egzaminy muzyczne i predyspozycyjne typu: gibkość, budowa ciała, skoczność czy rozciąganie.

To bardzo dużo wymagań jak dla jednego dziecka?

M: Tak, jest tego sporo, ale jeśli jednak ktoś ma predyspozycje typowo fizyczne, jest mu później łatwiej odnaleźć się w tym zawodzie. Nie męczy się tak.

A ile miałaś lat, kiedy trafiłaś do szkoły baletowej?

M: 10. To była czwarta klasa szkoły podstawowej, czyli pierwsza baletowej. Cała edukacja trwa dziewięć lat.

Czyli 9 lat od 10. roku życia mieszkałaś poza domem?

M: Tak. To się wiązało z tym, że musiałam zamieszkać w internacie. Rodzice musieli podjąć bardzo trudną decyzję, że odsyłają swoje dziecko daleko od domu. Początkowo do domu przyjeżdżałam średnio 2 razy w miesiącu. Tata wówczas pracował za granicą, mama była sama z trójką dzieci, przyjeżdżała po mnie co dwa tygodnie i zabierała na weekend.

Była w szkole baletowej też pewna dziewczyna z okolic Żywca, cztery lata starsza ode mnie, z którą czasem zdarzało mi się wracać do domu. Pewnego razu ona nie mogła pojechać, a ja nie chciałam siedzieć w internacie przez weekend, więc stwierdziłam, że spróbuję pojechać sama. Tak więc mając 11 lat, pod koniec pierwszego roku nauki w szkole baletowej, samodzielnie wyprawiłam się do domu. Pamiętam, że kiedy mama zobaczyła mnie w drzwiach, była w szoku. Oczywiście trochę mi się oberwało (śmiech).Internat uczy samodzielności.

Sama teraz prowadzisz zajęcia dla dzieci.

M: Tak, dla maluchów. Mając 6 lat, sama nie miałam takiej możliwości. Obecnie jest inaczej. Jest wiele miejsc, w których dzieci już od najmłodszych lat mogą próbować swoich sił w tańcu. Moje zajęcia odbywają się raz w tygodniu dla poszczególnych grup wiekowych. Balet fajnie kształtuje osobowość dziecka, pozwala nabrać mu pewności siebie, pokonać nieśmiałość, a przede wszystkim wyrobić wrażliwość na piękno i sztukę.  Fizycznie natomiast zajęcia z baletu wpływają dobrze na całą postawę, kształtują zdrowe ułożenie stóp, zmniejszając ryzyko płaskostopia podłużnego. Sami rodzice mówią mi, że po jakimś czasie widzą zmiany, nawet w chodzie swoich dzieci. Niektóre dziewczynki wykazują bardzo duże predyspozycje do baletu, zobaczymy, jak to się u nich potoczy, czy zechcą pójść do szkoły baletowej.

Sama zaczęłaś jako mała dziewczynka i podjęłaś decyzję na całe życie. Twoja kariera ruszyła w wieku 19 lat?

M: Tak, dokładnie. Choć przez chwilę miałam taką myśl, żeby zostać w Bytomiu i tańczyć w Śląskim Teatrze Tańca taniec współczesny. Moja nauczycielka tańca klasycznego nie wyobrażała sobie, żebym porzuciła balet i  namówiła mnie, żebym spróbowała dostać się na pierwszą scenę w Polsce. I tak od 24 lat mieszkam w Warszawie. Całe swoje czynne zawodowo życie spędziłam w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej. To piętnaście lat ciężkiej pracy. Później zaszłam w ciążę.

Monika na scenie "Czajkowski. Misterium życia i śmierci", chor. B. Ejfman

15 lat, szmat czasu, ale jednak zdecydowałaś, że z tej sceny w pewnym momencie zejdziesz. To było związane pewnie też z tym, że zostałaś mamą?

M: Tak, też. Myślałam nieraz, że cudownie by było tańczyć, tańczyć, tańczyć, dlatego dosyć późno urodziłam córkę. Zostałam mamą mając 34 lata, poszłam na urlop macierzyński, następnie urlop wychowawczy. Skończyłam studia. Wiedziałam, że balet to krótka kariera.

Do którego roku życia można tańczyć taniec klasyczny?

M: To się teraz bardzo pozmieniało. Wcześniej tancerze mieli przywilej wcześniejszych emerytur, które przez ustawę zostały zrównane, więc my, tancerze, zostaliśmy pozbawieni tego przywileju. Ta zamiana jest nieprzemyślana i bardzo dla nas krzywdząca.

Balet jest bardzo wymagającą dyscypliną tańca, więc w grę wchodzi też rywalizacja, prawda? Jest duża konkurencja?

M: Wiesz co, jest to bardzo ciężki zawód, tak. Kiedy oglądasz nas na scenie, wydaje ci się, że to lekkie i ulotne. Ale to ciężka praca, chociaż też pasja. Poświęcasz naprawdę duży kawałek swojego życia – od rana do wieczora na próbach, na spektaklach, pracując w weekendy. I tak, jest rywalizacja, ale zdrowa.

Monika na scenie "Serenada", chor. G. Balanchine

Czyli świat tancerek nie jest taki jak w „Czarnym łabędziu” Aronofsky’ego?

M: Nigdy nie spotkałam się z takimi sytuacjami. Ale też nie tańczyłam pierwszych ról, może solistki mogłyby powiedzieć coś innego. Według mnie „Czarny łabędź” na potrzeby filmu jest przekoloryzowany. Być może podobne sytuacje mają miejsce w innych teatrach, sama nie wiem.

Jak radziłaś sobie z całą organizacją, próbami, które trwają jednocześnie do kilku spektakli?

M: Osoby odpowiedzialne za obsady i harmonogram prób muszą wszystko tak rozpisać na dwóch salach baletowych, czasami jeszcze uwzględniając próby sceniczne,  żeby móc zrobić próby zarówno do spektakli bieżących, jak i do premiery.  Tancerze mają pamięć ruchową. Gdybym usłyszała teraz muzykę do czegoś, co tańczyłam, byłabym w stanie to odtworzyć, np. biały akt z Jeziora łabędziego. Pamiętam po prostu kroki. Są takie choreografie, które są  bardzo obtańczone.

A zdarzają się jakieś pomyłki w trakcie występu?

M: Tak, zdarzają się, ja też kilka razy się pomyliłam. I czarna dziura w głowie też się zdarza, ale tego po prostu nie widać gołym okiem, a na pewno nie zauważa tego publiczność.

Jakie są Twoje najlepsze wspomnienia związane ze sceną?

M: Ojej! W ciągu 15 lat mojej kariery scenicznej wydarzyło się wiele ciekawych sytuacji, przeżyć, wszystkich po prostu nie pamiętam. Na pewno pierwszym ważnym przeżyciem była dla mnie pierwsza solówka. Było to w drugim sezonie mojej pracy w teatrze. Miałam dwadzieścia lat, tańczyłam Bolero, w choreografii Antala Fodora. Byłam jedyną kobietą na scenie, wraz z 16 tancerzami. Przez 17 minut musiałam przykuć uwagę publiczności. Było też kilka spektakli, które szczególnie wspominam.  Były to m.in. Carmen oraz Coś jakby w choreografii Mats Eka, szwedzkiego choreografa, oraz spektakl Borisa Ejfmana Czajkowski. Poza tym zawsze na koniec spektaklu kłaniasz się, słyszysz oklaski, spektakl się podobał, jest to największa nagroda - daje to satysfakcję. Mimo, że próby do spektaklu to bardzo ciężki wysiłek fizyczny, tańcząc na scenie, odbiera się to inaczej, tutaj działa adrenalina.

fot. Robert Wolański/ z albumu "Mój tata tańczy w balecie"

Zupełnie jak u gwiazd rocka! Teraz też zdarza Ci się tańczyć?

M: Oprócz prowadzenia zajęć baletowych biorę udział w spektaklach dla dzieci w Teatrze Palladium. Kreuję przeróżne postaci np. macochę w Kopciuszku. Moje dzieciaki z grupy zawsze się śmieją, że trudno mnie rozpoznać w charakteryzacji: „Pani Monika jest w ogóle niepodobna do siebie!”

Za kulisami teatru toczy się też prywatne życie tancerzy prawda? Tatę Meli też poznałaś na scenie?

M: Tak. Jej tatą jest pierwszy solista Polskiego Baletu Narodowego, Maksim Woitiul.

Mają nawet wspólny album!

M: „Mój tata tańczy w balecie”, wydawnictwo Teatru Wielkiego - Opery Narodowej. Piękna publikacja ze zdjęciami Roberta Wolańskiego, z tekstem Iwony Witkowskiej. Ten album o mojej córce i jej tacie ma przybliżyć dzieciom świat baletu i teatru. To moja Mela oprowadza dzieci po kulisach teatru.

Bo Amelia bywała częstym gościem za kulisami Teatru Wielkiego - Opery Narodowej?

M: Tata bardzo często  zabiera ją do teatru, czasem tańczy, a ona siedzi za kulisami i sobie podgląda. Bywa, że są takie etapy w roku (czasem się tak śmieję), że jak nie ma co z dziećmi zrobić, to rodzice zabierają je do pracy. Wiele dzieci, podglądając rodziców tancerzy, poszło w ich ślady. Moja Amelia raczej nie wybiera się do szkoły baletowej,  lubi tańczyć, ale bardziej modern jazz niż taniec klasyczny. Bardzo lubi swoje zajęcia aktorskie w Małej filmówce, do której uczęszcza. Może zostanie aktorką?

A jak lubicie spędzać razem czas?

M: Mela bardzo lubi malować, a ja z nią. Często jest tak, że siadamy i wspólnie kolorujemy. Bardzo lubimy razem grać w różne gry, wspólne kino, spacery, czytanie książek czy jazda na rowerze... Powoli zaczynają się u nas też shoppingi, Mela sama wybiera już w sklepach, co chciałaby mieć, a czego absolutnie nie (śmiech). Staram się dawać jej wolną rękę.

Moja mama też tak robiła, oczywiście w granicach rozsądku, żebym mogła rozwijać siebie i swoje zdanie.

Dziękuję za rozmowę.