Nadine de Rothschild w swojej książce pt. „Savoir-vivre XXI wieku. Sztuka pięknego życia” (Znak, 2006), w rozdziale poświęconym dzieciom, napisała: „Dziecko może być prześliczne albo wyjątkowo mądre, jeśli jednak jest źle wychowane – pomimo wszystkich zalet zapamięta się je jako okropne. Ono zaś z powodu nieodpowiedniego zachowania długo, może nawet zawsze, pozostanie osobą niepożądaną”. Kiedyś to wydawało się oczywiste, a jak jest dzisiaj? Czy zmieniło się podejście do zasad dobrego wychowania i jakie są tego konsekwencje, tłumaczy psycholog.

Pracuje Pani z dziećmi i ich rodzicami od lat. Czy takie pojęcie jak kindersztuba jest jeszcze dzisiaj aktualne, czy przeszło już do lamusa?

Dorota Zawadzka: Powiem tak, żeby nasza rozmowa nie zaczęła się zbyt przygnębiająco: jest wiele domów, w których pamięta się, co znaczy dobre wychowanie, ale one, niestety, są w mniejszości. Puściliśmy wszystko na żywioł, teraz w domach zasada jest zazwyczaj taka, że wszystkim wolno wszystko zawsze i wszędzie. Nie zgadzam się z tym trendem.

Jak to się stało, że on zastąpił starą, dobrą, sprawdzoną przez pokolenia kindersztubę?

Dorota Zawadzka: Chyba wiąże się to z tym, że poczuliśmy wolność, taką wręcz do granic anarchii. Wolność słowa, zachowań, bo każdy ma prawo – i tu ładny, modny zwrot – realizować się, uzewnętrzniać emocje, uczucia, zachcianki. Dzieci rodziców, którzy wyrastali w rygorze, nagle mogą wszystko. Przeszliśmy ze skrajności w skrajność. Złoty środek nie istnieje. A bez niego, jak dzisiaj obserwujemy, nie da się żyć. Wolter powiedział kiedyś: „Wolność moja kończy się tam, gdzie zaczyna twoja”. To znaczy jasno, że pewne sytuacje wymagają od nas określonego zachowania, i koniec! Rozumiem mechanizm poluzowania niektórych zasad – nie znam domu, w którym do codziennego obiadu przygotowuje się nadal zestaw trzech widelców, noży i łyżek, ale to nie znaczy, że dziecko nie musi umieć posługiwać się sztućcami, bo woli jeść tylko łyżką. Nie znaczy to, że może siorbać, mlaskać, leżeć na stole i puszczać bąki. A ja dzisiaj widzę, że są domy, w których nie trzeba siedzieć elegancko przy stole, bo „po co dzieciak ma się tak męczyć i prężyć, niech mu będzie po prostu wygodnie”.

Bezstresowe wychowanie. 

Dorota Zawadzka: Ten pan, który jako pierwszy wymyślił to określenie, dość szybko wszedł pod stół i próbował je odszczekać, bo pojęcie zostało źle zrozumiane i zaczęło żyć swoim życiem. Bezstresowe wychowanie miało znaczyć tyle, abyśmy nie dokładali dzieciom stresów do tych, które one już mają. Kiedy dziecko wchodzi w nowe środowisko, np. szkolne, jest już wystarczająco zestresowane, więc powtarzanie, że musi być najlepsze, jest złe. Podobnie źle jest kazać mu podczas niedzielnego obiadu u babci recytować wierszyk przed całą rodziną. I o takie bezstresowe wychowanie chodziło. A my to hasło rozciągnęliśmy do granic wygody. Naszej – rodziców, oczywiście. Bardzo wielu z nas schowało się za tym określeniem, aby nic nie robić. I wmawiamy sobie, że wszystko wypada. Nie wypada. To prawda, nauczenie dziecka zasad savoir-vivre’u kosztuje wiele czasu, cierpliwości, nerwów.

Nie chce się nam.

Dorota Zawadzka:  Jasne, tylko że dopóki mamusia, tatuś, babcia pozwalają dziecku w domu na wszystko, to jest ich sprawa, ale zapominają, że ich obowiązkiem jest, aby ono znało zasady i umiało się zachować, gdy z domu wyjdzie: wśród dzieci w przedszkolu, szkole, a potem wśród innych w dorosłym życiu.

Byłam ostatnio w restauracji na eleganckim obiedzie z okazji urodzin przyjaciela rodziny. Wśród zaproszonych gości była dziewięcioletnia dziewczynka. W pewnym momencie, między zupą a drugim daniem, wyjęła książkę i przy stole zaczęła czytać. Tata powiedział, żeby ją schowała, a mama na to: „Ale dlaczego? Niech sobie czyta, przecież nie robi nic złego”.

Dorota Zawadzka: Po pierwsze, rodzice powinni ustalić między sobą obowiązujące zasady, po to, by córka nie dostawała jednocześnie sprzecznych poleceń. Dzieci nie są głupie i taką sytuację zawsze wykorzystają. Po drugie, nie czyta się przy stole i dziewczynka w tym wieku powinna już tę zasadę znać. Ale powinna też wiedzieć, dlaczego: bo spotykamy się przy stole, by pobyć razem, zwłaszcza podczas takiej uroczystości. To prawda, co mówi mama – córka nie robi nic złego, ona zachowuje się nieelegancko. Jeśli się nudzi, może odejść od stołu po obiedzie i wtedy sobie poczytać.

Kiedyś dzieci nie miały wstępu do świata dorosłych, nie było mowy, żeby do dorosłej osoby mówić po imieniu, wtrącać się do rozmowy. To jedna z zasad, która powinna zostać?

Dorota Zawadzka: Nie upierałabym się przy tym. Dzisiaj świat jest otwarty, a na Zachodzie nie ma form „pan”, „pani”. Ostatnio miałam wymianę e-mailową z ciocią pewnej dziewczynki. Zapytała, co ma zrobić, jeśli nie życzy sobie, by mała mówiła do niej po imieniu. Odpisałam: trzeba jej to powiedzieć, ustalić z nią zasadę. Kiedyś był zwyczaj dygania, całowania dorosłego w rękę. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: które reguły są mądre, a co jest przerostem formy nad treścią? Powiedzenie „dzień dobry” jest zasadą dobrego wychowania, ale już ściskanie się z każdą ciocią nie musi dziecku pasować. Ono ma prawo powiedzieć: „Nie lubię”. A my mamy obowiązek to uszanować. Szacunek ma działać w obie strony. Kiedyś było też tak, że do cioci na imieniny szło się w białej bluzce i granatowej spódniczce. Czy to jest konieczne? Nie. Konieczne jest, aby dziecko było ubrane czysto, schludnie, nie musi być zapięte pod szyję na ostatni guziczek. To, że dzieci mają dzisiaj większy dostęp do świata dorosłych, jest moim zdaniem dobrą zmianą. Uważam, że krótszy dystans jest zdrowszy. On daje szansę na lepszy, bliższy kontakt w przyszłości. Jednak to, czego rodzice nie robią, a powinni, to mądre stawianie granicy. Jeśli dziecko podchodzi i chce, by się nim natychmiast zajęto, trzeba mu powiedzieć jasno: „Skończę rozmawiać z ciocią i wtedy porozmawiam z tobą”. Ono ma rozumieć, że poza nim są inni ludzie, także ważni. Zawsze tłumaczę rodzicom: dzieci są naszym lustrem, zachowują się tak, jak my się zachowujemy. Jeżeli dziecko widzi, że przerywamy rozmowę, bo ono podbiega, takie zachowanie uzna za normę. Potem, kiedy będzie dyskutowało z nauczycielką i podejdzie do niego kolega, takie dziecko odwróci się pupą do pani, by zająć się swoim kolegą.

Jakie są te najważniejsze, najbardziej rażące nowe zasady, które rodzice wprowadzają w wychowanie?

Dorota Zawadzka: Najgorsza, najtrudniejsza do przyjęcia dla mnie jest właśnie ta kompletna obojętność. Wchodzę do restauracji i widzę biegające, wrzeszczące dzieciaki, którymi zupełnie nikt się nie zajmuje. Nie twierdzę, że powinny być „przywiązane” do krzeseł, nieruchome. Nie, te czasy już minęły. Ale mam wrażenie, że ci rodzice zachowują się tak, jakby w ogóle nie pamiętali, że przyszli z dziećmi. Jestem w stanie zrozumieć, że dziecko zaczyna histeryzować w sklepie, bo jest zmęczone, zdenerwowane. Można je wyprowadzić, próbować coś wytłumaczyć, ale należy w jakiś sposób zareagować. A ja nie dostrzegam żadnej reakcji. Mama po prostu tego nie widzi! Ogląda kosmetyki, a dziecko właśnie myje sobie zęby wszystkimi szczoteczkami do zębów, które ma w zasięgu. I co słyszę? „A bo on/ona ma ADHD”. I szlag mnie trafia. Mam wrażenie, że dzisiaj 80 proc. dzieci – według ich rodziców – ma ADHD. Lenistwo, brak kompetencji wychowawczych sprawiają, że rodzice „przyklejają” na czole swojemu zdrowemu, ale niewychowanemu dziecku naklejkę z nazwą tej choroby i wypuszczają je w świat. Bardzo prosta i szalenie szkodząca dziecku metoda.

Czy dzisiaj można znaleźć jeszcze domy, w których dziewczynki wychowuje się na damy, a chłopców na dżentelmenów?

Dorota Zawadzka: Prehistoria! Jest ciężko nawet z podstawami. Do dzisiaj mam odruch ustępowania miejsca w autobusie, mimo że sama wchodzę powoli w wiek dojrzały. Młodzież tego nie robi. Wychowana została w przeświadczeniu: „To mnie ma być wygodnie”. Skąd u niej takie poczucie? Nasza robota! Mam dwóch synów. Oni wiedzą, że z tramwaju to mężczyzna wysiada pierwszy, aby podać rękę kobiecie, że podaje jej płaszcz, pomaga z walizką. Ich koleżanki najpierw robią wielkie oczy, ale bardzo im to pasuje. Dobre wychowanie nas klasyfikuje. Jak nas widzą, tak nas piszą. Gdy kobieta podchodzi do samochodu, mężczyzna powinien otworzyć jej drzwi. Nie zgadzam się z feministkami, że w ten sposób jesteśmy traktowane nie tylko nie po partnersku, ale wręcz przedmiotowo. Przecież to szaleństwo, postawienie sprawy na głowie. Kultura osobista jest w cenie, zawsze. Rodzice powinni o tym pamiętać choćby z jednego powodu, jeśli inne ich nie przekonują. Mówi się, że ładni ludzie mają łatwiej. Łatwiej mają także ci kulturalni.