Nagrała ponad tysiąc piosenek, w tym szlagiery: "Embarras", "Powrócisz tu" i "Już nie ma dzikich plaż". - Mojej pracy nie należy podziwiać. Zależy mi na uznaniu wynikającym z szacunku - mówi. Zawsze miała poczucie posługi. Na spotkanie przychodzi w czarnych spodniach, marynarce w kratkę. Świeża, elegancka. Na emeryturze przeżywa drugą młodość. Słychać to w jej głosie, widać w uśmiechu. - Dopiero teraz wiem, jak smakuje świat. Naprawdę! Za swoje szczęście uważam sam fakt, że się urodziłam. Że mogłam rozwijać się, brać udział w tylu wydarzeniach. Nie znaczy, że więcej rozumiem. Wiem tylko: samo to, że się żyje, to już wyróżnienie.

Solec Kujawski

To tam spędziła część dzieciństwa. Pod powiekami ma obraz mamy pochylonej nad maszyną do szycia. - Była krawcową. A ja od tej pracy skutecznie uciekałam. Wszystkie drzewa i trzepaki były moje. Mama trzymała mnie krótko, nauczyła porządku i szacunku do pracy. Przyznaję, bywało, że dostawałam lańsko. Nie chowam cienia żalu o to! - zapewnia. Ojca straciła, gdy miała pięć lat. - Noszę to w sobie do dziś - artystka ścisza głos. - To był człowiek prostolinijny, z charakterem. Swojemu przyjacielowi, Niemcowi, powiedział jeszcze przed wybuchem wojny: "No, niech ten Hitler tu przyjdzie, my już mu pokażemy!". Przyjaciel taty to sobie zapamiętał. Kiedy w 1939 roku w Solcu nastało bezhołowie - nie było władz polskich, a niemieckie jeszcze się nie ukonstytuowały - ojciec został przez niego zamordowany. Podzielił zresztą los większości mężczyzn w mieście - piosenkarka na chwilę milknie. - Do końca okupacji mieszkałyśmy z mamą przy ulicy imienia tego "przyjaciela"! Jako Polki byłyśmy obywatelkami klasy B, którym w czasie okupacji nie wolno było na ulicy mówić po polsku. Potem zabójca taty opuścił Solec. Nie znam jego dalszych losów. Prawdę mówiąc, nie chciałabym być jego oskarżycielem. Brzydziłabym się. Los jednak - jakby w nagrodę - postawił na jej drodze wielu pomocnych ludzi. - Bez takich osób, "drogowskazów", nie można przejść przez życie - na spokojną twarz Ireny Santor wraca ciepły uśmiech. Tak było, gdy mimo braku zdolności plastycznych przyjęto ją do Gimnazjum Zdobienia Szkła w Szczytnej Śląskiej, koło Polanicy Zdroju, dokąd po wojnie przeprowadziła się z mamą. - Zapytano mnie tylko: "Dlaczego chcesz się tu dostać?". "Mam powody", odparłam. Widać zabrzmiało przekonująco, bo znalazłam się na liście uczniów. Ta szkoła naprawdę dała mi szansę na lepsze życie, na dalszą edukację - zamyśla się. - Gdyby nie to gimnazjum, musiałabym pewnie iść do pracy. W szkole poznała Ewę, wychowawczynię z internatu. Do dziś są przyjaciółkami. - W czasie wojny i tuż po należała do AK i była zesłana na Syberię. To ona borykała się z moim wewnętrznym buntem i z moją gruźlicą. Dokarmiała mnie z własnej pensji, pilnowała, bym nie męczyła się fizycznie, nie opalała, bo to groziło pogorszeniem zdrowia. To od niej dowiedziałam się, że jest inny świat od tego soleckiego. Że było powstanie, i co to Armia Krajowa.

Bella vita

Wkrótce dzięki córce kierowniczki domu zdrojowego w Polanicy poznała dyrektora opery poznańskiej, Zdzisława Górzyńskiego. Po przesłuchaniu utalentowanej dziewczyny dał jej list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego, który rok wcześniej stworzył słynny zespół pieśni i tańca "Mazowsze". - W ten sposób otworzyły się przede mną drzwi do świata magii. Muzycznego raju - wspomina artystka. "Mazowsze" stało się jej rodziną. Dosłownie: mama odeszła, gdy artystka miała 16 lat. Od 1951 r. przez 8 lat była solistką zespołu. - Nauczyłam się współpracy, odpowiedzialności, a przede wszystkim rozpoznawać muzykę (wszyscy ukończyliśmy szkołę muzyczną lub baletową) i ją smakować. Ma na mnie zbawienny wpływ. Dzięki niej niewiele rzeczy, ludzi czy spraw może mnie złamać. Koleżeństwo z tamtych lat trwa do dziś. - Ale życie jest jedno i nie wiadomo, kiedy się skończy. Ode mnie zależy, jakie będzie. Czasem zdaje się nam, że jesteśmy tacy ważni, tyle mamy planów. To ułuda - mówi. W 1961 r. jechała autem z piosenkarką Ludmiłą Jakubczak. Miały wypadek. Ludmiła zginęła. - Wtedy zrozumiałam, że trzeba się cieszyć z samego istnienia. Od tego czasu inaczej patrzę na przyrodę. Doceniam oczywistości, że świeci słońce. Ta refleksja nie przyszła od razu, ale wypadek uświadomił mi, że życie trzeba chronić. Chociażby systematycznie robiąc mammografię. W 2000 r., po odebraniu wyników, nagle zrobiło się jej czerwono przed oczami. - Wykryto u mnie guzek. Z gabinetu lekarza wyszłam przerażona. Ale przyszło otrzeźwienie: "Uspokój się, pomyśl, co dalej?". Pobiegła do Centrum Onkologii. Mało ludzi, bo zbliżała się Wielkanoc. Zrobiła biopsję. Wynik: nowotwór niezłośliwy. Po chirurgicznym usunięciu guzka okazało się, że to jednak rak w pierwszym stadium rozwoju. Na prośbę lekarzy nie ukrywała swojej choroby i zaangażowała się w akcję namawiania kobiet do systematycznych badań.

Emerytura

Od siedemnastu lat jest na emeryturze. - Długo się do tego przygotowywałam - wspomina. W ciągu 40 lat pracy przez 10 dni w miesiącu koncertowała. Dwa–trzy razy dziennie. - Wracałam tak zmęczona, że nie pamiętałam, jak się nazywam. Wykańczało mnie życie na walizkach. Męczyła dyscyplina pracy. To ciągłe uważanie na siebie, bo w gardle ma się instrument. Nie ukrywam: pracowałam tak intensywnie także po to, by kiedyś mieć wysoką emeryturę. I nic z tego nie wyszło, bo zmienił się system... Do tego, mimo tylu lat występów, nigdy nie dała sobie rady z tremą. - Zwalała mnie z nóg - wyznaje. - Bywało to trudne do wytrzymania. Zwłaszcza że z czasem przyszła świadomość wieku. Może nie dam rady wyciągnąć dźwięku? Może teraz młodzi powinni śpiewać, a nie ja? Kto będzie chciał mnie słuchać? Ale śpiewanie to haszysz - uśmiecha się szeroko. Od czasu do czasu przyjmuje zaproszenie na koncert. - A w przeddzień dziwię się sobie: Czy ja znów zwariowałam? - śmieje się. Mieszka pół na pół: w swoim warszawskim mieszkaniu i w Nadarzynie. Ale nie jest typową polską emerytką. - Zrezygnowaną? Z poczuciem odstawienia na boczny tor? Niedoczesaną, ubraną byle jak, bo nie warto się starać? O nie, to nie moja natura! - w oczach pani Ireny zapalają się iskierki. - Ja jestem Strzelec. Zawsze muszę mieć coś do zrobienia - mówi kategorycznie. Od lat wspiera Festiwal Zaczarowanej Piosenki, organizowany przez Fundację Anny Dymnej "Mimo wszystko" (wykonawcami piosenek są utalentowane wokalnie osoby niepełnosprawne). - Mówię Ani: talentu organizacyjnego nie mam, ale jestem do dyspozycji, choćby przynieść, wynieść, pozamiatać. Takim ludziom jak Dymna warto służyć. A ja chcę być potrzebna. Wiem, co to pomoc, bo i mnie pomagano. Gdy więc ktoś prosi, bym wystąpiła charytatywnie, jestem. Oj, tylko jak pani to napisze, to będę miała tysiąc telefonów w tej sprawie! - śmieje się serdecznie. Z tego perlistego śmiechu i poczucia humoru jest zresztą znana. Posiada pokaźną kolekcję swoich karykatur, m.in. autorstwa Edmunda Mańczaka. Niektóre powycinała z gazet. - Uwielbiam je. To co prawda krzywe zwierciadło, ale można i trzeba się w nim przejrzeć. I zobaczyć, że faktycznie mam małe oczka, blisko nosa, trójkątną twarz... - żartuje z siebie. Nie ma w sobie żalu. - Dostawałam w życiu cięgi, ale to nie zrobiło ze mnie tetryka - uśmiecha się. - Niemiłe rzeczy chowam głęboko. Jestem pogodna i czuję, że ludzie mnie potrzebują koło siebie także z tego powodu - w oczach pojawia się ciepły blask. - Muszę się pochwalić: spotyka mnie całkiem bezinteresowna życzliwość. Na ulicy ktoś zaczepia: "Pani Irenko, jak zdrowie?". Ktoś posyła porozumiewawczy uśmiech. Ja się tym na starość bardzo chwalę! To pożywka dla mojego optymizmu. Kilka dni temu zaprosiła mnie młodzież z gimnazjum w Zalesiu Górnym. Szłam na trzęsących się nogach: nie mam dzieci, jak mam się zachować? I co ja im będę mówiła, w moim wieku? A oni i pytali, i słuchali. Całkiem szczerze zaciekawieni. Według siebie zdałam jakiś egzamin. Odbija sobie to, na co nigdy nie miała czasu. Namiętnie chodzi na koncerty. Opera Narodowa, filharmonia, warszawskie Studio S1, koncerty jazzowe (ostatnio: Krzysztofa Herdzina), Warszawska Opera Kameralna. - Teraz, gdy gdzieś jadę, to już nie występować - mówi. Zatrzymuje się, spaceruje, śmieje na wietrze. Uwielbia rozległe łąki. Dzikie. I przestrzeń. Wcześniej znała świat tylko z autobusu. - Jako emerytka kosztuję wolności. I mogę być mniej odpowiedzialna. Tak naprawdę już nic nie muszę! Wcześniej żyłam w pogotowiu, dbałam o formę, bo koncert, bo nagranie. Przepraszam za słowo, ale ja odmłodniałam!

Uczestniczę w życiu

Starości nigdy się nie bała. - Zmarszczki? Skoro natura rzeźbi twarz, wie, co robi. Ja na dzisiejsze spotkanie nawet trochę się umalowałam, specjalnie dla pani. Na co dzień tego nie robię! - żartuje. Zaakceptowała przemijanie. - Nie dlatego, że godzę się na coś smutnego. Ja wiem, że to się stanie. Ale póki istnieję, uczestniczę w życiu. Może dlatego tak lubię bursztyny. Żywe kamienie. Są dowodem, że życie odradza się w innej postaci. Ja też mam na to nadzieję. Ilekroć była w Zakopanem, zawsze obiecywała sobie, że wejdzie na Giewont. Kilka lat temu spróbowała. - W połowie trasy zmęczyłam się tak, że zawróciłam, obiecując sobie, że następnym razem... Dziś wiem, że już mi się nie uda. Zdaję sobie sprawę, co mogę, a czego nie. To jest kolejna ważna wiadomość o mnie samej. Kolejna płyta? - To już nie są rzeczy najważniejsze - tłumaczy spokojnie. - Moda i style w muzyce zmieniają się tak szybko. Ja żyłam w innej estetyce - uśmiecha się. Za najbardziej przełomowe momenty, które uporządkowały jej życie, uważa przemiany po 1989 r. - Dziś każdy toczy walkę o miejsce w życiu. Ja nie musiałam zabiegać o zaistnienie zawodowe. Teraz można z talentem umrzeć, jeśli nie ma się promocji. Cenne stało się to, co lekko strawne... Boli mnie, że aby kogoś zainteresować sobą, trzeba dołożyć wiadomości z kuchni i sypialni. Uświadomienie sobie tych zmian było dla mnie mocnym przeżyciem. Bo to są dla mnie rzeczy święte.

Miłość jest zmienna

O swoim partnerze, Zbigniewie Korpolewskim, byłym dyrektorze warszawskiego Teatru Syrena, mówi tylko: - Typ apodyktyczny. Z wykształcenia prawnik, mocna natura. Spieramy się. I w wielu wypadkach to on ma rację - uśmiecha się. - Ja do niej muszę czasem dojść okrężną drogą. Ale jesteśmy partnerami. Najważniejsze, że jest z kim interesująco pogadać. Tyle o prywatności. Nie lubię się spowiadać - ucina. Nieraz wspominała, że przyjaźń jest dla niej cenniejsza niż uczucie. - Miłość jest piękna, ale zmienna. Ulatuje. I nie można mieć o to pretensji. Idealnie, gdy po rozstaniu zmienia się w przyjaźń - mówi. Tak było z jej pierwszym mężem, Stanisławem Santorem, skrzypkiem i koncertmistrzem orkiestry radiowej. Poznała go jeszcze w "Mazowszu". - Miewałam też oferty matrymonialne, zgoła zaskakujące - śmieje się. - Przed laty do sali, w której miałam próby nagraniowe, przyszedł chłop z Kieleckiego. Oświadczył: "Oglądam panią w telewizji i widzę: zdrowa dziewczyna, a ja mam sporo ziemi. Ładnie pani śpiewa, ale pora zająć się jakąś uczciwą pracą". I zaproponował małżeństwo! Inny, dostawszy na swą prośbę zdjęcie z autografem, odwiedził mnie w domu z bukietem. Na pytanie: "W jakiej sprawie?", odrzekł, że zdecydował się na ślub. "Przecież przysłała mi pani zdjęcie. To chyba o czymś świadczy?!" - wspomina. Zdarzył się i typ opiekuńczy. Żołnierz. - Wysyłał mi po 50 zł, tłumacząc, że dostaje stały żołd, który nie jest mu potrzebny, bo nie pije, nie pali. "A pani, artystce, pieniądze się przydadzą na stroje i czarną kawę", pisał. Zapowiadał, że słać będzie pieniądze co miesiąc, "bo kiedy oglądam panią w telewizji, to widzę, że się nie przelewa". - Odsyłałam mu je, prosząc, by przestał. Skutek był taki, że "pensja" wzrosła do 100 zł! - śmieje się. - Do dziś nie wiem, czy to był kawał, czy na serio. Zawsze była samodzielna. Czasem za bardzo. Kiedyś zasiadała w jury na Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Nie ukrywała, że nie jest entuzjastką tej imprezy. Swoją opinię ujawniła w wywiadzie dla gazety. Ale dziennikarka nie miała tyle odwagi: "Jezus Maria! Pani Ireno, ja napiszę coś innego", i ocenzurowała artystkę. - Mam swoje poglądy i nie chowam ich do kieszeni - Irena Santor poważnieje. - Pochodzę z rodziny robotniczej, moi dziadkowie byli chłopami. Instynktownie jestem za równością społeczną. Niestety, czasem piękne idee głoszone przez polityków obrastają rakiem. Popieram prawa kobiet. Nie lubię dominacji, bycia prowadzoną na sznurku - robi pauzę i z filuternym uśmiechem dodaje: - I czasem wolę wbrew czyimś ostrzeżeniom zrobić głupstwo. A tak! Bo mnie intryguje. Bo barwniej, inaczej. Bo chcę tego doświadczyć. Jakie głupstwa? O, nie powiem! Ale czasem naprawdę zrobię coś, zanim pomyślę...