Długo nie wiedziała, co ze sobą zrobić, jakie jest jej powołanie. – Moim konikiem były sport i języki obce. Początkowo profesja trenera wydawała mi się za mało ambitna, dlatego wyjechałam do Anglii z głębokim przekonaniem o swoich umiejętnościach językowych. Pierwsza podróż metrem i szok. Czy ci ludzie na pewno mówią po angielsku?! Przecież świetnie znam angielski – opowiada Ewa. – Nie rozumiałam niczego poza głuchymi dźwiękami stłamszonymi gdzieś głęboko w gardle. Przez pół roku z nikim nie odważyłam się rozmawiać: musiałam mówić perfect albo w ogóle. Zapisałam się do szkoły angielskiego. Pracowałam jako sprzątaczka, opiekunka do dzieci, barmanka, kelnerka.

Otworzyła firmę cleaning service i choć firma świetnie prosperowała, Ewa czuła jednak, że stoi w miejscu. Niby wszystko się układało, ale to nie było to. Wróciła więc do Polski. – Człowiek powinien w siebie inwestować, rozwijać się. Wówczas zapragnęłam skupić się na pasji do aktywności fizycznej. Pojechałam do Grecji, żeby odzyskać energię. W Atenach znalazłam Akademię Pilates, w której zajęcia prowadziła Szkotka, Elaine Dutton. Dojrzała kobieta zarażająca pozytywną energią. Po raz pierwszy w życiu naprawdę fruwałam!

Do Polski wróciła po roku. Przez następne 2 lata uczyła się w szkołach sportowych w Krakowie i Warszawie. Ale nie spełniły one Ewy oczekiwań. Spróbowała fotografii. Nie wyszło. Potem wybór padł na Wyższą Szkołę Filmową. Po roku zamiast satysfakcji poczuła zmęczenie. Żeby się znów podładować, wyjechała do ukochanej Grecji. To był przełom. Poznała przyszłego męża, trenera personalnego z 20-letnim prawie doświadczeniem. – Był znany i ceniony w Grecji. Człowiek o wielkim sercu i niespotykanej cierpliwości, wyrozumiały i inteligentny. Zmienił moje patrzenie na bycie trenerem fitness. Przyglądając się temu, co i jak robi, zrozumiałam, że ten zawód to coś więcej niż praca z ciałem. To holistyczna praca z człowiekiem, wpływanie na poprawę jakości jego życia, dodawanie skrzydeł. Troska o niego i dbanie o jego dobro, zarówno w kwestii zdrowia, jak i psychiki – opowiada Ewa.

Wracając dwa lata później do Polski, nie myślała o liczbach. – W Atenach skończyłam college sportowy, prowadziłam studio fitness i polskie profile na Facebooku. Obserwowałam reakcję Polek na moje ćwiczenia i rady. Odzew był ogromny. No i efekty! Wiedziałam, że muszę wrócić, bo mam do zaoferowania coś, na co Polki czekały. I te zwykłe dziewczyny są do tej pory dla mnie najważniejsze. Piszą szczerze o sobie, czasem są to przerażające historie. Zwierzają się z najskrytszych spraw, co jest dla mnie wyróżnieniem, ale też budzi poczucie odpowiedzialności. Każdą dziewczynę traktuję tak samo: jak najlepszą przyjaciółkę, której z całego serca pragnę pomóc.

Ewa przyznaje się do własnych słabości: – Byłabym nieprawdziwa, gdybym udawała, że od zawsze wszystko o sobie wiedziałam. To nie tak. Miałam kompleksy, ale z nimi walczyłam. Ogromnym motorem była dla mnie aktywność fizyczna, która – uważam – jest receptą na szczęście. Nigdy nie bałam się żyć tak, jak chciałam, i podejmować odważnych decyzji. W tej odwadze upatruję źródła większości swoich sukcesów i zawodowych, i prywatnych. Dlatego zachęcam dziewczyny i coraz częściej mężczyzn: nie bójcie się podejmować wyzwań w życiu!

Ćwiczenia i zdrowa dieta pomogą odmienić ciało, ale żeby tak się stało, trzeba najpierw zmotywować głowę, pokonać lenia. A to zadanie dla trenera. Ewa czuje się więc potrzebna. – Kształtowanie sylwetki wymaga regularności i dokładności. Każde kolejne zwycięstwo nad sobą wzmacnia naszą psychikę, mówi: „Zobacz, potrafisz, jeśli tylko włożysz w to uczciwą pracę!”. W tym sensie fitness przestaje być „tylko gimnastyką”, staje się treningiem naszej woli, pewności siebie. Każda z nas potrzebuje wsparcia na co dzień. Dlatego wrzucam posty na swój profil na Facebooku, aby zachęcać do treningu, aby moje podopieczne nie czuły się pozostawione same sobie – przyznaje Ewa.

Dla wielu Polek Ewa stała się kimś w rodzaju przewodniczki. Cieszy się, że jest tak odbierana, choć nigdy sama o sobie nie powiedziałaby w ten sposób. – W internecie, w książkach doradzam, jak, co i ile ćwiczyć, co jeść, czego unikać, ale najważniejsza jest relacja pomiędzy mną a moją podopieczną. Ona szuka we mnie kogoś, komu może zaufać, i nie mogę jej zawieść. Czasem jestem bezsilna wobec historii, z którymi się mierzę, ale zaraz myślę: co mogę zrobić? Przecież chcę pomóc, bo ta dziewczyna nie ma nikogo innego. I rozwiązania przychodzą same.

Miała szczęśliwe dzieciństwo, dom przepełniony miłością, poczuciem bezpieczeństwa. To pierwsze wspomnienia. Zaraz po nich podwórko i trzepak, na którym wisiała całymi dniami. – Wspinanie się po drzewach, guma do skakania i rozwiązywanie testów Mensy. Zostałam wychowana w wierze katolickiej i w przekonaniu, że należy szanować bliźniego, pomagać, nie mówić źle o innych. Byłam czwartym dzieckiem. Nieplanowanym. Między mną a rodzeństwem jest duża różnica wieku: brat starszy o 7 lat, siostry – o 11 i 13 lat. Czułam, jakbym miała pięcioro rodziców – śmieje się Ewa. – Do każdego mogłam się zwrócić o pomoc, przytulić. Tyle dostałam, dlatego tyle mogę oddać dziś tym, którzy tego potrzebują.