Ewa Wencel: Można mnie przygiąć do ziemi, ale nie złamać

W pewnym momencie życia wyprowadziła się za Warszawę. – Nie chciałam, by mój wówczas 11-letni syn wychowywał się na trzepaku, wolałam, by był otoczony przyrodą. Bałam się tej decyzji. Dzisiaj wiem, że to było wielkie dobrodziejstwo. Zawodowo spełniałam się: grałam w teatrze, w telewizji, ale czułam się zapomniana przez filmowców. Myślałam o tym, że chciałabym wrócić na duży ekran. Miałam niedosyt. Było mi przykro, że nie jestem zauważana przez reżyserów.

I nadszedł przełom. Krzysztof Krauze szukał do swego nowego filmu odtwórczyni roli Teresy, teściowej. Był 2005 r. Poszła na casting, było kilka kandydatek. – Odpowiedź na „tak” przyszła dopiero po 3 tygodniach. Rola w „Placu Zbawiciela” była dla mnie prezentem od losu, nagrodą za wytrwałość, za wszystkie lata mojej „robaczkowej” pracy, kiedy starałam się mój zawód uczciwie i dobrze wykonywać. Rola ta pomogła mi przetrwać bardzo trudny czas, jaki nastał w moim życiu osobistym.

– Na Festiwalu Filmowym w Gdyni w 2006 r. „Plac…” otrzymał Złote Lwy, a Ewa Wencel nagrodę za rolę drugoplanową. – Poczułam się szczęśliwa i dowartościowana. Nie mogło być lepszego momentu. Kiedy los coś zabiera, daje coś w zamian, coś, dzięki czemu przetrwamy, co daje siłę złapać za miotłę i pozamiatać, zacząć na nowo – mówi Ewa.

Do Gdyni jechała już jako aktorka znana z megapopularnego „M jak Miłość”. – Nie spodziewałam się, że rola Janeczki przyniesie mi popularność. Było to maleńkie zadanie na początku. Dopiero po jakimś czasie moja rola zaczęła się rozrastać. Dużo jej zawdzięczam. I choć z żalem musiałam zrezygnować z grania w serialu, los wynagrodził mi to. Pojawiły się nowe propozycje: „Dwie strony medalu”, „Bulionerzy”, „Mamuśki” – uśmiecha się. – Przypuszczam, że gdyby popularność przyszła wcześniej, Krzysztof nigdy nie zaprosiłby mnie na zdjęcia próbne. On nie jest łasy na znane twarze. Schyla się po aktorów, w których coś znajduje. To dla mnie wielki komplement i zaszczyt, że znalazł właśnie mnie. Żeby dobrze obsadzić aktora, trzeba dostrzec to coś, co w nim jest.

Gdy skończyłam 40 lat, chciałam grać kobiety dojrzałe, ale ciągle słyszałam: jesteś za szczupła, za szybko się ruszasz, nie wyglądasz jeszcze. Teraz się cieszę, że mam tyle lat, ile mam, nareszcie jestem obsadzana w rolach kobiet dorosłych. Ale to „Plac Zbawiciela” otworzył mi do tych ról drogę. Trzy lata temu Ewa zadebiutowała jako scenarzystka „Czasu honoru”. Kiedy pojawia się temat serialu, błyszczą jej oczy. – Reżyser Michał Kwieciński zapytał, czy chcę pracować nad scenariuszem z Jarkiem Sokołem, scenarzystą. Jarek się zgodził, a ja przestraszyłam. I ucieszyłam! Ale nie zastanawiałam się długo, skoczyłam do tej głębokiej wody! Jak zaczęło się pisanie, dużo pracy, to nagle sypnęły się propozycje nowych ról.

Bo w życiu tak już jest: albo nic, albo worek! – śmieje się. Początkowo pisała pod pseudonimem Jerzy Matysiak. – Nie chciałam robić wokół siebie zawieruchy – tłumaczy. – Praca nad scenariuszem to radość. Trzeba wymyślać, bardzo dużo przeczytać, dowiadywać się, poznać ciekawe historie. Jedna postać często skupia w sobie życie kilku osób. Trzeba mieć analityczny umysł, żeby te klocki poskładać. Bardzo potrzebowała tej propozycji. – Może jest tak, że aby uwierzyć w siebie na nowo, zakwitnąć, potrzebny jest nowy bodziec. Granie, pisanie dawało mi pewność, że mogę. Skupiłam się głównie na pracy, szukam nowych pomysłów.

Ja już nie czekam, tylko uruchamiam się na przyszłość. Sama. Czekam na wolną chwilę, by swoje marzenia zrealizować. To mój następny etap w życiu. Wszyscy pokonujemy jakąś drogę. Czasem, gdy pójdziemy w złym kierunku, udając, że tego nie widzimy, los trzepnie w głowę, byśmy trafili na właściwą ścieżkę. Mo- ja przyjaciółka mówiła do mnie od dawna: „Ciebie można przygiąć do ziemi, ale nie złamać”. W trudnych momentach staram się o tym pamiętać. Wraz z dojrzałością czy dorosłością przyszło coś fantastycznego – nowa jakość.

Nagle odkryłam, że kobieta dojrzała, która już ma dorosłe dziecko, może od zaraz zająć się sobą. Wyjść do kina, kiedy chce, iść na obiad do restauracji, do kosmetyczki. Nie mam już czasu, by robić coś, czego nie chcę. Jestem odważniejsza, potrafię powiedzieć: nie. Zrozumiałam, że trzeba żyć trochę jak ptak. Nie myśleć, co będzie jutro. Lecieć dzisiaj, i niech to będzie piękny lot! Nie wymyślę jutra. Nauczyłam się, że nie ma nic na zawsze. Trzeba cieszyć się czym się da! Nie złościć – szkoda czasu!