Nasza rozmowa trochę się rwie, bo Martynka i Zoja (9 miesięcy) próbują wziąć w niej głośny udział. Nawet na moment nie można ich spuścić z oka, zwłaszcza że Martynka staje już na nóżkach i próbuje wdrapywać się na wszystkie sprzęty domowe, jakie znajduje w zasięgu swoich maleńkich łapek i nóżek. – Gdy mąż je kąpie, musi uważać, żeby nie wyszła z wanny – uśmiecha się ich mama, Kamila (35 lat). Kiedyś ani jej, ani Markowi (37 lat) do głowy by nie przyszło, że właśnie oni będą musieli zmierzyć się z problemem bezpłodności. To wydawało im się niemożliwe. Nigdy też nie ukrywali, że ich córeczki urodziły się dzięki in vitro. Uważają, że to niezwykłe...

CÓŻ, TAKI LOS!
Poznali się na egzaminie do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. Ona miała 21 lat, on 23. Potem był spływ kajakowy ze znajomymi, jakiś niezwykle tani. Kamila wprawdzie wolała żagle, lecz dała się namówić Markowi, właśnie z powodu niewysokiej ceny. Dzięki jej oszczędności zostali parą, a potem małżeństwem. Po latach Marek przyznał się, że część kosztów opłacił z własnej kieszeni, żeby tylko pojechała. Po studiach oboje zaczepili się w agencji reklamowej, a zamieszkali na wsi pod Olsztynem, w rodzinnym domu Kamili. Nie myśleli o dzieciach. Pieniądze odkładali na podróże. Mieli swój system: wyjeżdżali z wycieczką, żeby mieć zapewnioną podróż i hotel, a potem zwiedzali sami. Para luzaków. Tak minęło pięć lat. Z czasem Marek zaczął pracować w radiu, Kamila zaś jako przedstawiciel handlowy. Uznali, że osiągnęli już stabilizację, więc pora na dzieci... Najlepiej dwoje, bo sami byli jedynakami i żadne nie uważało tego rozwiązania za szczególnie szczęśliwe. – Bardzo racjonalnie podeszliśmy do sprawy – opowiada Kamila. – Zrobiłam sobie badania i zaszczepiłam się przeciw żółtaczce. A moja pani ginekolog powiedziała, że wszystko jest w porządku i że będę mamą.
Minął rok, ale przepowiednia się nie spełniła. „Tak czasem bywa” – pocieszała ich lekarka. – „Trzeba tylko zrobić kolejne badania i przebadać męża”. No, cóż... Dziś Marek może o tym mówić ze śmiechem, lecz wtedy raczej mu do śmiechu nie było. – Wszystko odbywało się prawie jak w toalecie – wspomina. – A potem wychodził człowiek z naczynkiem, rozglądał się i słyszał: „Jadzia, pan materiał przyniósł”. Niesie się ten okrzyk po korytarzu, wszyscy patrzą i wiedzą, co pan przed chwilą robił. Okazało się, że oboje są zdrowi. Dlaczego zatem wciąż nie mają dziecka? Tego nikt nie wiedział. Fachowcy nazywają to niepłodnością idiopatyczną, czyli – z nieznanych przyczyn. Lekarka poradziła: skoro tak, to najlepiej zdecydować się na inseminację. Jedna kosztuje dwa tysiące złotych. Rachunek był prosty: koniec z podróżami, w lodówce ser i pasztetowa, staramy się o dziecko.

RATUNEK W BOCIANIE
Kamila dostała skierowanie na badanie drożności jajowodów. Wspomina je jak koszmar. – Czekałam na nie cztery miesiące – opowiada poruszona. – W dodatku było naprawdę bolesne, straciłam przytomność na stole. Potem dowiedziałam się, że np. w Warszawie to badanie robią prywatnie, ze znieczuleniem.
Co wykazało? Niepełną drożność jednego jajowodu. Ale drugi był drożny, a to znaczyło, że można próbować inseminacji. Oboje wiedzieli, czego się spodziewać. – Miałem w pracy kolegę, który przez to przechodził – relacjonuje Marek. – Nie wstydził się i potrafił rozmawiać na ten temat. Uprzedził mnie, w jaki sposób leki hormonalne działają na kobietę, że mam się przygotować na ciężkie chwile, przytulać, mówić miłe słowa, krótko mówiąc: wszystko „wziąć na klatę”… A zatem, najpierw stymulacja. Kamila przyjmowała leki na wywołanie owulacji, robiła USG, które miało pokazać, czy jajeczka rosną z dobrej strony, potem Marek „oddawał materiał” i odbywał się zabieg: lekarz cewnikiem wprowadzał plemniki do macicy. Kamila bardzo źle znosiła stymulację. – Przypuszczam, że podobnie musi wyglądać menopauza – opowiada. – Miałam uderzenia gorąca, zmienne na stroje, bez powodu potrafiłam wybuchnąć płaczem.
Mieliśmy pięć inseminacji. Żadna się nie udała… Rodzina i najbliżsi przyjaciele wiedzieli, co się dzieje, ale nie mówiliśmy wszystkim znajomym. Chcieliśmy uniknąć pytań: „No i co?”. Inni i tak już mieli dzieci. Na nas patrzono jak na egoistów, którzy myślą tylko o tym, żeby się zabawić, gdzieś wyjechać. „O, wy to już chyba nie będziecie mieli dzieci”; „Ja was jakoś nie widzę w roli rodziców” – słyszeliśmy. A my zaciskaliśmy zęby, bo właśnie byliśmy zdołowani po kolejnej nieudanej próbie.
Mieli obawy, że nie wytrzymają tej udręki. Ich świat skurczył się do badań i terminów. Byli u kresu wytrzymałości i w końcu uznali, że... sami sobie nie poradzą. Pomógł psycholog. I „Bociek”, czyli portal „Nasz Bocian”, który odkryła Kamila. Tam znalazła wsparcie. – Dziewczyny, które przechodziły przez to samo co my, pocieszały, podsunęły nam różne książki do czytania i okazało się, że mnie i Markowi pozostaje tylko in vitro.

DZIĘKUJEMY, PANIE POŚLE!
W Olsztynie nie ma takich możliwości, więc pojechali na konsultację do Białegostoku. Wrócili zachwyceni! Rodzinna atmosfera, serdeczność, wrażenie, że pracownikom kliniki naprawdę zależy, żeby się udało. Tylko koszty… 12 tysięcy złotych. – Może nie zdecydowalibyśmy się od razu, bo nie mieliśmy tych pieniędzy – wspomina Marek. I uśmiecha się przewrotnie: – Gdyby nie poseł Jarosław Gowin, który wnioskował wtedy w Sejmie o całkowity zakaz in vitro i kary za jego złamanie. Przestraszyliśmy się, że jeżeli jeszcze poczekamy, trzeba będzie to zrobić za granicą. Nasze rodziny złożyły się na zabieg. Można więc chyba powiedzieć, że Martynkę i Zoję w dużym stopniu zawdzięczamy panu Gowinowi... Wiedzieli, że prawdopodobieństwo powodzenia za pierwszym razem wynosi około 40 procent. I bali się, że jeśli po raz kolejny się nie uda, nie zdołają przejść przez to wszystko jeszcze raz. Zrezygnują. Poddadzą się.
Kamila czuła się udręczona. – Znowu musiałam robić badania, i to dużo więcej niż poprzednio. Dostałam leki na „wyciszenie” jajników, więc znów czułam się jak przed inseminacją, na zmianę rozpacz i euforia…
Potem dostałam leki stymulujące. Miałam duży brzuch, byłam obolała, zmęczona i tak wykończona, że kiedy przyszłam na zabieg, który odbywał się pod narkozą, powiedziałam: „Tylko proszę mnie nie dotykać, zanim zasnę”. I kiedy usłyszałam: „Pani Kamilo!”, to w panice zawołałam: „Nie śpię, nie śpię”, a to już było po wszystkim – lekarz pobrał moje komórki jajowe, aby zapłodnić je w laboratorium plemnikami Marka. Udało się w ten sposób wyhodować tylko dwa zarodki, a zwykle jest ich co najmniej 6. Nie było więc żadnej pewności, że następnym razem stymulacja w ogóle przyniesie jakiś efekt. To naprawdę mogła być nasza ostatnia szansa na własne dziecko. Nikomu wtedy o tym nie powiedzieliśmy, ale zdecydowaliśmy się na umieszczenie w mojej macicy obu zarodków, co dawało nadzieję na bliźniaki. Ten ostatni zabieg wyglądał zupełnie inaczej. Byliśmy razem, Marek trzymał mnie za rękę. Potem leżałam jeszcze przez 15 minut, żeby te zarodki się we mnie ułożyły i przemawialiśmy do nich z Markiem, jak jacyś wariaci, prosząc, żeby z nami zostały…

HURRA! BĘDZIE NAS CZWORO!
Wierzyła, że tym razem się udało. – Służbowym autem jeździłam 60 km na godzinę, żeby tylko tej ciąży „nie wytrząść” – wspomina. Po wynik badania krwi jechali z drżeniem serca. Kamila odebrała złożoną kartkę i bała się zajrzeć. – Przed kliniką był park. Wyszliśmy i usiedliśmy na ławce. Szeleściły liście i szurały wokół jeże...
Pamięta każdy szczegół tego popołudnia. – A na kartce.... „Hurra! Jesteśmy w ciąży!” Marek się rozpłakał, a potem zaczął się śmiać. – Innym ludziom to bociany przynoszą dzieci, a nam jeże! – mówił. – Jeszcze tylko jednego nie wiedzieliśmy: mamy dwoje czy jedno? Na pierwszym USG niewiele było widać. Lekarka uprzedziła, żeby innym jeszcze o ciąży nie mówić. A to dlatego, że w każdej chwili może dojść do poronienia.
– Baliśmy się, lecz gdy na kolejnym USG zobaczyliśmy wyraźne dwie kropeczki, czyli dwa serduszka, a na następnym dwie „kijanki” machające ogonkami, uznaliśmy, że jest OK – Kamila mówiąc to, podnosi z podłogi Zoję, która płaczem dała do zrozumienia, że czuje się zaniedbywana. Po chwili dołącza do niej płacząca siostra.
– Przywykły, że przez cały czas się nimi zajmujemy – wyjaśnia ich mama. I przez chwilę zastanawia się, na czym skończyła opowieść. – Pokazaliśmy USG z „kropeczkami” rodzicom. Nic nie wiedzieli o bliźniakach, wiec mama wykrzyknęła: „Ojej, jaka śliczna!”. A my na to: „Coś ty, mamo? A z drugą wnuczką to się nie przywitasz?!”.

HIT NA BLOGSPOT.COM
Okres ciąży Kamila wspomina bardzo miło. Żałuje tylko jednego: że zupełnie nie mieli z mężem czasu dla siebie. Wiedzieli, że z dwojgiem dzieci i dwoma podwójnymi wózkami na poddaszu będzie im niewygodnie, toteż zaczęli remontować pierwsze piętro domu. Natychmiast po powrocie z pracy Marek zabierał się do działania, żeby skończyć przed przyjściem na świat dziewczynek. Nie mogli więc poprzytulać się, razem przeżywać tego, co już się nie powtórzy. O tym, co wtedy myślał i czuł jej mąż, Kamila dowiadywała się głównie z bloga, który zaczął prowadzić, gdy na USG było już widać dwa serduszka. Blog Marka stał się przebojem w internecie. To dziennik zestresowanego, jednocześnie szczęśliwego i przerażonego ojca. Tytuł zaczerpnął z wypowiedzi pewnego biskupa, który maluchy takie jak Martynka i Zoja określił mianem „dzieci Frankensteina”. Jeżeli wpiszecie w Google takie hasło, od razu wyskoczy wam link do bloga Marka.

ŻYCIE JEST PIĘKNE
Tydzień przed planowanym porodem odbyła się parapetówka na 30 osób. Wkrótce po przyjęciu Marek odwiózł żonę do szpitala. A potem... został od niej całkowicie odcięty na kilka dni. Właśnie pojawiła się świńska grypa, w lecznicy zapanował totalny popłoch. Żadnych odwiedzin! Kamila była sama z dziećmi przez cztery doby. Nawet nie miała czasu, żeby się przestraszyć, bo niemal od razu po porodzie musiała je karmić, przewijać i przebierać. W ciagu tych czterech dni stała się takim fachowcem od pielęgnacji noworodków, że wszystko wydawało jej się łatwe. Superłatwe, gdy dotarł do niej mąż i mogli działać na cztery ręce. Dziś marzy o urlopie wychowawczym, żeby być z dziećmi do trzeciego roku życia. Ale wie, że niestety będzie musiała wrócić do pracy. Gdyby parę lat temu ktoś powiedział jej o tym, co będzie w związku z tym czuła, tylko by się roześmiała. Nigdy nie spodziewała się, że tak łatwo i bez bólu – ba! – z radością zmieni się w „kobietę domową”. – To dla mnie wielka niespodzianka. Jak widać, nigdy nie wiadomo, co w człowieku drzemie – mówi. – Moje obecne życie jest fascynujące, nie nudzi mnie ani trochę! Zupełnie też nie męczy. Uwielbiam patrzeć, jak dziewczynki się rozwijają, niemal z godziny na godzinę. Rano jeszcze czegoś nie umiały, a po południu owszem. Wystarczy, że zasypiają, a już za nimi tęsknię. Z Markiem jest tak samo. Ojciec właśnie układa na leżaczku Zoję, która troszkę się zmęczyła i zasnęła mu na ręku. Martynka nie zamierza pójść w jej ślady. Ożywiona i wesoła w ramionach mamy, sięga łapkami do zawieszonej na ścianie tablicy. Kamila przezornie odsuwa się na bezpieczną odległość i opowiada dalej: – Widzisz, to są magnesy, które przywoziliśmy sobie z podróży. Następnym razem pojedziemy gdzieś we czwórkę… Dokąd? Oczy- wiście do Wenecji!
To ich magiczne miejsce. Byli tam już dwa razy. Co prawda nocowali na kampingu, na obrzeżach miasta, ale i tak było cudownie. Chcieliby kiedyś po- kazać Wenecję córkom. Może nawet uda im się za- mieszkać w hotelu z widokiem na Canale Grande? Skoro spełniło się ich największe marzenie, uwierzyli, że teraz wszystko jest możliwe.