Magdalena, 35 lat
Pielęgniarka z Poznania, od 4 lat mężatka. Mieszka we własnym M. do oszczędzania zmusiła ją utrata pracy męża.

GDY ZACZĘŁY SIĘ KŁOPOTY FINANSOWE, WPROWADZIŁAM SYSTEM MOJEJ BABCI: SŁOIKI I KOPERTY

Pieniądze nie spędzały mi snu z powiek, póki mój mąż miał pracę i niezłe zarobki. I choć jako pielęgniarka nie zarabiałam zbyt dużo, miałam poczucie finansowego bezpieczeństwa. Moją pensję wydawaliśmy na drobne inwestycje – „mościliśmy się” w naszym nowym mieszkaniu, zawsze było coś do kupienia: meble, zasłony itp. Pensja męża wystarczała na opłaty i bieżące wydatki. Można łatwo sobie wyobrazić, co czułam, kiedy stracił etat. Po trzech miesiącach mieliśmy zadłużone do maksimum wszystkie karty kredytowe, pożyczki u rodziców i teściów. Wtedy z pomocą przyszła moja babcia. Nie, nie pożyczyła pieniędzy.

Babcia podsunęła mi metodę, jak sobie radzić.

Kilkadziesiąt lat temu ona była w jeszcze gorszej sytuacji. To, co miała, wystarczyć musiało, bo nie było skąd pożyczyć. Udawało się jej przeżyć dosłownie za grosze. Metoda babci to słoik i koperta. Do słoika wkładasz pieniądze, które mają wystarczyć na przeżycie określonego czasu, np. tygodnia. Dlaczego do słoika? Bo widzisz, jak ubywa. Do koperty przekładasz z kolei to, co pod koniec okresu w słoiku zostanie. Koperta najlepiej od razu zaklejana, dlatego żeby cię nie kusiło podbieranie. Teraz dzięki tej babcinej metodzie prowadzę domowy budżet bez skomplikowanych wyliczeń, tabelek, ale skutecznie. Na początku miesiąca robię wszystkie stałe opłaty, biorę z konta pieniądze na tzw. życie, dzielę je na cztery części, czyli na tygodniówki. Następnie pakuję do słoików. Słoikowa tygodniówka musi wystarczyć mi od poniedziałku do niedzieli. Czy nie mam pokusy, żeby „pożyczać” z kolejnych tygodni?

Muszę trzymać żelazną dyscyplinę.

Oczywiście, że pokusa jest, ale wiem, że jeśli jej ulegnę, za tydzień będzie krucho. Bardzo skrupulatnie pilnuję moich słoików sama przed sobą. My- ślę, że metoda jest tak skuteczna, bo policzona na tydzień, a nie na miesiąc. To bardzo krótki czas. Jeżeli w piątek w słoiku zostanie 10 zł albo nic, nie ma tragedii. W sobotę robię obiad z resztek, a w niedzielę odwiedzamy teściów. Zawsze myślę, że te dwa dni jakoś damy radę przeżyć. I przeżywa- my. Dotąd miałam w głowie: „w przyszłym miesiącu jakoś będzie”. A teraz: „w przyszłym tygodniu – to już za kilka dni! – też muszę mieć pieniądze”. I to mnie świetnie dyscyplinuje. Zyskałam poczucie bezpieczeństwa. To z kolei dały mi koperty. Dzięki nim mam świadomość, że w sytuacji kryzysowej zawsze jest jakaś, choćby niewielka kwota. I… jeszcze nie zdarzyło mi się z niej skorzystać. Na koniec miesiąca łączę zawartość czterech kopert i wpłacam na konto oszczędnościowe w banku. O dziwo, zanim jeszcze mąż znalazł nową pracę, udało się nam spłacić długi u rodziny i kredyty na kartach. Teraz cieszymy się, widząc, jak rośnie kwota na koncie. Nie ruszamy jej, jest święta!

BUDŻET MAGDY
PRZYCHODY: .........................2500 zł
WYDATKI STAŁE:
czynsz .................................500 zł
gaz, prąd ..........................200 zł
telefony .............................100 zł
TYGODNIÓWKA (x4): ......425 zł
jedzenie ............................250 zł
paliwo ....................................80 zł
chemia, kosmetyki ....75 zł
inne ..........................................20 zł
RAZEM WYDATKI: ..........2500 zł

ZDANIEM SPECJALISTY
Zasada „Ile mam, tyle wydam” działa pod warunkiem rzetelnej podstawy. Metoda Magdy jest prosta: polega na oddzieleniu pieniędzy, które są niezbędne do życia, od tych, które stanowią nadwyżkę. Następnie Magda wyznacza sobie tygodniówki i tak zyskuje kontrolę nad budżetem. Nie obcina kosztów, tylko dostosowuje potrzeby do swoich możliwości. Trzeba jednak pamiętać, by od razu trafnie ocenić, jaka kwota jest faktycznie do życia niezbędna. Kalkulacja musi być rzetelna, bo inaczej wysiłek pójdzie na marne. Zarówno wtedy, gdy nie doszacujemy miesięcznych kosztów, jak i wtedy, gdy je zawyżymy. Dlatego wcześniej warto przyjrzeć się swojemu budżetowi, przez dwa, trzy miesiące spisując wydatki. Następnie je przeanalizować, ustalić niezbędne minimum i w ten sposób zyskać solidną podstawę finansowego reżimu.

Małgorzata, 44 lata
Nauczycielka z Kielc, samotna mama dwóch córek. Na swój budżet spojrzała z perspektywy prawdziwej biedy. 

NIE JESTEM SKĄPA, ALE NIE ZNOSZĘ, GDY MARNUJE SIĘ JEDZENIE

Wychowuję sama córki – jedna jest uczennicą gimnazjum, druga jeszcze przedszkolakiem. Pracuję jako nauczycielka, dodatkowo biorę zlecenia w agencji tłumaczeń. Jestem zabiegana i, jak mówi moja latorośl, nieźle zakręcona. Dotąd wychodziłam z założenia, że spisywanie wydatków, każdego batonika czy soku to strata czasu i energii – rzeczy bezcennych, nie do odrobienia. Żeby zaoszczędzić czas, kupowałam hurtowo, podczas wypraw z córkami do supermarketu – w myśl zasady, że więcej bardziej się opłaci. A potem, raz w tygodniu, otwierałam lodówkę i… hurtowo wy- rzucałam jedzenie do kosza. Efekt był taki, że wciąż brakowało mi pieniędzy, brałam kolejne zlecenia, więc brakowało też czasu. I tak bez końca, spirala się nakręcała. Aż do mojego wyjazdu do Indii trzy lata temu. Pojechałam tam z młodzieżą, ale podczas tego wyjazdu nauczyłam się chyba więcej niż moi uczniowie. Inaczej spojrzałam na zachodnią gospodarkę, na tony marnowanego jedzenia. I na mój własny styl życia, który uznawałam za oszczędny, niemal spartański, a okazał się rozrzutny.

Żelazna reguła, której zawsze przestrzegam?

Nie marnować jedzenia. Wkrótce po powrocie, gdy znajdowałam w lodówce coś przeterminowanego, przypominali mi się mali Hindusi grzebiący w śmietnikach. Na jakiś czas postanowiłam zrezygnować z megazakupów w hipermarketach i to był strzał w dziesiątkę. Pieniądze przestały się rozchodzić. Dziewczynki obiady jedzą w przedszkolu i w szkole, ja co rusz jestem na diecie. Dzięki temu 30 zł dziennie na jedzenie i drobne zakupy w zupełności nam wystarcza, a bywa nawet, że zostaje. Kiedyś każde wyjście po zakupy to był wydatek kilkuset złotych. Potem jeszcze trzeba było dokupić coś w osiedlowym sklepie, bo po powrocie z marketu „nie było nic do jedzenia”, lodówkę zapełniały natomiast jogurty, gotowe desery, kartony soków, butelki coli. Teraz kupuję dużo mniej, a w domu zawsze jest coś do jedzenia.

Przestałam chodzić do centrów handlowych.

Zaopatruję się w małym sklepie obok domu – wystarcza w zupełności. Czasem kupuję mięso bezpośrednio od rzeźnika, więcej i taniej. Podzielone na porcje wkładam do zamrażarki i jest jak znalazł na weekendowe obiady. W sezonie zamrażam także owoce i warzywa. Wysiłek żaden, a lepsze niż gotowe mrożonki. Jednak się okazało, że najwięcej pieniędzy zaoszczędziłam na słodyczach i przekąskach, które dzieci wrzucały do koszyka. Przy każdym wypadzie do marketu na jedzeniową „galanterię” wydawałam prawie 100 zł. Przepłacałam też za rzeczy, które kupowałam w biegu: lunch na mieście, kawa w przerwie, drogi prezent, bo nie było czasu poszukać czegoś pomysłowego i tańszego, ciuch, który lądował na dnie szafy. Po hinduskiej lekcji, zanim coś kupię, myślę, czy naprawdę jest mi to niezbędnie potrzebne.

BUDŻET MAŁGOSI
PRZYCHODY: ................ok. 3300 zł
WYDATKI:
wydatki na dzieci (szkoła, przedszkole) ........500 zł
czynsz ............................1100 zł
jedzenie ...........................900 zł
ubrania .............................300 zł
rozrywka ........................100 zł
RAZEM: ........................2900 zł

Odkąd Małgosia racjonalnie kupuje jedzenie, udaje się jej zaoszczędzić 400 zł.

ZDANIEM SPECJALISTY
Każdy powinien opracować swój system. W racjonalnym gospodarowaniu budżetem ważne jest wyrobienie własnych nawyków finansowych. To, co u jednego działa, u kogoś innego nie przyniesie żadnych rezultatów. W przypadku Małgorzaty dobre efekty dała rezygnacja z zakupów w marketach. Jak się przekonała, była to doskonała okazja do trwonienia pieniędzy. Ale w innym domu akurat to nie musi zadziałać, wszystko zależy od struktury budżetu. Ktoś może np. uważać, że dużo wydaje na zakupy spożywcze, tymczasem największe możliwości zaoszczędzenia kryją się w jego rachunkach za telefon czy telewizję kablową. Żeby nad czymś zapanować, trzeba najpierw dobrze rozpoznać sytuację. Dowiedzieć się, co się dzieje w portfelu, na koncie, sprawdzić stan ewentualnego zadłużenia. I dopiero wtedy wziąć się za porządki. Jeśli ktoś będzie starał się na siłę oszczędzać tam, gdzie jest to niemożliwe, trudno będzie uniknąć porażki.

Halina, 66 lat
Od trzech lat na emeryturze, mieszka w Krakowie. Z emerytury odkłada pieniądze dla wnuka.

MOJA CÓRKA NIE MOŻE UWIERZYĆ, ŻE Z EMERYTURY TEŻ MOŻNA COŚ ODŁOŻYĆ, A JEDNAK MI SIĘ TO UDAJE. CHYBA MOJE POKOLENIE MA WIĘKSZY SZACUNEK DO PIENIĘDZY

Od lat hołduję idei, że potrzeby trzeba dostosowywać do możliwości. Może to dlatego, że wciąż pamiętam słowa mojej mamy, by wystrzegać się „życia ponad stan”, bo zazwyczaj źle to się kończy. O tym, jak niewielkie człowiek może mieć potrzeby, przekonałam się podczas swojego pobytu w szpitalu. Nie miałam możliwości wychodzić do sklepu i praktycznie nie wydawałam pieniędzy. Ucierpiała na tym moja jedyna słabość: do książek. Chociaż nie do końca: po powrocie ze szpitala, zamiast pobiec do księgarni, żeby nadrobić zaległości, zapisałam się do biblioteki.

Udało mi się też znaleźć inne możliwości zaoszczędzenia.

Ponieważ w moim budżecie dość istotną pozycją zaczęły być leki, musiałam dokonać przetasowań. Na pierwszy ogień poszły książki, zaraz potem stwierdziłam, że bez większego żalu mogę zrezygnować z markowych środków czystości. Kupuję je w dyskontach (niektóre z nich mają naprawdę świetną chemię) i zawsze w mniejszych opakowaniach. Duże opłacają się bardziej? Bzdura! Z wielkiego pudła proszku zawsze nabiera się więcej niż potrzeba, to samo z szamponem czy płynem do kąpieli. Poza tym przekonałam się, że warto czytać etykiety na półkach. Są tam przeliczniki z ceną za kilogram czy litr. Dzięki temu łatwo porównać koszty i wybrać takie opakowanie, które rzeczywiście najbardziej się kalkuluje. Ostatnio się przekonałam, że płyn do płukania w butelce 2-litrowej wychodzi drożej niż mały, półlitrowy. Zdarzają się takie absurdy, warto o tym wiedzieć.

Wydaję dużo mniej na stałe opłaty.

Pierwsze efekty oszczędności zauważyłam, gdy podawałam stan licznika wody. Po moim powrocie ze szpitala zużyłam jej dużo mniej. To dlatego, że nie prałam tak często jak kiedyś i nie zmywałam po każdym posiłku. Zaczęłam używać zmywarki, ale włączam ją (tak jak pralkę) dopiero, gdy się zapełni. Podobnie z opłatami za prąd. Gaszę światło, gdy oglądam telewizję, zmieniłam czajnik elektryczny na tradycyjny i herbatę gotuję na gazie. Dzięki tym zabiegom co miesiąc zostaje mi w kieszeni 20–25 zł.

Oszczędności szukam wszędzie.

Także w aptece, bo tam zostawiam sporą część swojej emerytury. Okazało się, że większość leków, które biorę, ma dużo tańsze zamienniki. Zawsze proszę o nie lekarza już podczas wypisywania recepty. Ostatnio wyrobiłam kartę rabatową w osiedlowym sklepie, gdzie robię większość zakupów. Jak policzyłam, miesięcznie daje mi to 30 zł oszczędności. Niby niewiele, ale rocznie to już 360 zł. Będzie na gwiazdkowy prezent dla wnuka.

BUDŻET HALINY
EMERYTURA: .........................1600 zł
WYDATKI:
leki ........................................250 zł
czynsz ................................300 zł
prąd, gaz, woda .......200 zł
jedzenie ...........................500 zł
ubrania .............................100 zł
chemia gosp. ..............100 zł
RAZEM: ......................................1500 zł

Miesięcznie Halina odkłada na lokatę 150 zł, rocznie daje to ok. 2 tys. zł (w tym odsetki).

ZDANIEM SPECJALISTY
Ważna jest struktura wydatków. Halina doskonale się orientuje, w jakich proporcjach wydaje pieniądze. Dzięki temu wie, gdzie może zaoszczędzić, a które wydatki są praktycznie nie do ograniczenia. Doskonale też zdaje sobie sprawę, że nawet drobne oszczędności składają się na całkiem spore sumy – jeśli brać pod uwagę perspektywę roku czy kilku lat. W efekcie pod koniec miesiąca w jej kieszeni zawsze zostaje jakaś kwota. Nie „przejada” jej, lecz systematycznie odkłada, lokując w banku. I choć odsetki są niewielkie, zawsze to jakiś pieniądz, zgodnie z zasadą „grosz do grosza”. Oszczędzanie ułatwia jej umiejętność dostosowania potrzeb do realiów, ale i jeszcze jedna ważna cecha: Halina potrafi stawiać sobie cele, które są bardzo konkretne, np. prezent dla wnuczka. Takie myślenie zdecydowanie pomaga w racjonalnym gospodarowaniu budżetem, bez względu na zasobność portfela. Polecam je wszystkim.

Monika, 37 lat
Warszawianka, singielka, pracuje w agencji reklamowej.

ŻYJĘ CHWILĄ, PIENIĄDZE SĄ PO TO, BY JE WYDAWAĆ. NIE BĘDĘ SOBIE WSZYSTKIEGO ODMAWIAĆ TYLKO PO TO, BY KIEDYŚ ZOSTAĆ BOGATĄ STARUSZKĄ

Z pustego to i Salomon nie naleje – powtarzam sobie zawsze pod koniec miesiąca, gdy okazuje się, że znów nie mam za co zapłacić rachunku za telefon i robię przelew z karty kredytowej. Wiem, wiem, powinnam żyć bardziej oszczędnie. Ale jako pracownik agencji reklamowej, młoda, aktywna kobieta mam swoje potrzeby. Poza tym, na jakie oszczędności mogę sobie pozwolić? Skracając rozmowy przez telefon, zaoszczędzę najwyżej kilka złotych, kupując na bazarku zamiast w delikatesach – co najwyżej 10–20 zł. Żadne pieniądze. A ile czasu zmarnuję, biegając między stoiskami? Poza tym muszę przyznać, że cenię sobie wygodne życie.

Przeczytałam dziesiątki poradników, jak gospodarować budżetem.

Rady, które w nich znalazłam, okazały się dla mnie kompletnie bezużyteczne. „Sprzedaj samochód, bo benzyna drożeje, zacznij chodzić piechotą, bo to zdrowo”, i temu podobne. Może mogłabym zrezygnować z samochodu, gdybym pracowała w jednym miejscu od godz. 9 do 17. Ale ja muszę jeździć do klientów w różnych częściach miasta, często także Polski. Znalazłam też stronę w internecie, gdzie opisują, na czym i ile można zaoszczędzić. Z prawie trzydziestu pozycji, które były tam wymienione, mnie nie dotyczy żadna. Eksperci radzą zapisywać w zeszycie każdy wydatek, a potem robić rachunek sumienia, czy był on potrzebny. Gdybym była matką na urlopie macierzyńskim albo emerytką, może znalazłabym na to czas. Teraz brak mi i czasu, i ochoty, żeby dodatkowo się denerwować, patrząc, jak pieniądze uciekają i nakręca się spirala drożyzny.

Nie umiem odmawiać.

Jestem osobą towarzyską i często wpadają do mnie znajomi. Oczywiście, zazwyczaj wtedy, kiedy mam pustki w lodówce, a otwarte są tylko najbliższe i najdroższe delikatesy. Jakieś sery, sałaty, dobre wino – i mój portfel jest o kilkaset złotych lżejszy. Sporo wydaję też na „ratunkową pizzę”, którą zamawiam sobie do domu, gdy wracam późnym wieczorem i nie mam siły walczyć w kuchni. Sama pizza nie jest droga, ale przy okazji jakiś napój, dodatki i uzbiera się 50 zł. Jak na kolację dla jednej osoby sporo, podobno są tacy, którzy przeżyją za tę kwotę trzy dni.

Mam kilka źródeł dochodu i trzy konta w banku.

To dla mnie bardzo wygodne, bo gdy na jednym rachunku kończą mi się pieniądze i limit dopuszczalnego debetu, zadłużam się w drugim, i w ten sposób ratuję płynność finansową. Owszem, prowadzenie konta kosztuje, nawet kilkanaście złotych miesięcznie. Ale dla mnie jest to cena za to, że mam poczucie finansowego bezpieczeństwa.

Oszczędzanie na emeryturę wydaje mi się kompletną abstrakcją.

Podobnie jak odkładanie na zakup mieszkania. Nawet jeślibym przestała jeść i wszystko, co zarobię, zaczęła odkładać na mieszkanie, po trzydziestu latach może bym się dorobiła jakiejś marnej kawalerki. Dlatego zdecydowałam się na kredyt hipoteczny. To dla mnie była jedyna szansa mieszkania na swoim (przecież czynsz za wynajęcie mieszkania też kosztuje), a przy okazji także zabezpieczenie na przyszłość. Za ileś tam lat, jeżeli nie będę miała z czego żyć, najwyżej sprzedam mieszkanie.

BUDŻET MONIKI
PRZYCHODY: .........................4500 zł
WYDATKI:
kredyt, opłaty w banku 1500 zł
czynsz ................................600 zł
jedzenie .......................1200 zł
ubrania .............................800 zł
rozrywka ........................200 zł
kosmetyki .....................300 zł
RAZEM: ......................................4600 zł

Monika wydaje co miesiąc więcej, niż zarabia. Kwotę na minusie pokrywa debetem.

ZDANIEM SPECJALISTY
Nie możesz się zdyscyplinować? Płać sobie w tajemnicy przed… sobą. Wydawanie pieniędzy bez kontroli może pogrążyć każdego, a trafienie do Krajowego Rejestru Długów za zaległości finansowe oznacza koniec kredytów, zakupów na raty. To dotyczy wszystkich. Znane są przypadki, że osoby zarabiające miliony zostały bankrutami tylko dlatego, że nie kontrolowały wydatków. Im więcej zarabiamy, tym więcej tracimy. Wydaje się nam, że jesteśmy bogatsi, ale tak naprawdę prowadzimy tylko życie na wyższym poziomie.
Rada dla Moniki: na początku każdego miesiąca powinna przelewać jakąś kwotę (np. 10 proc. pensji) na konto oszczędnościowe, do którego nie będzie miała łatwego dostępu. Ubytku takiej kwoty nawet nie zauważy, a po jakimś czasie będzie miała rezerwę na nieprzewidziane sytuacje życiowe.

Anna, 27 lat
Pracuje w biurze projektów w Gdyni. Ma narzeczonego, ale mieszka sama w kawalerce, którą dostała od babci. 

PIENIĄDZE PO PROSTU WYPŁYWAŁY MI Z PORTFELA, WIĘC ZACZĘŁAM SPRAWDZAĆ, NA CO WYDAJĘ

Sądziłam do tej pory, że na oszczędzanie mogą sobie pozwolić ludzie, którzy odpowiednio dobrze zarabiają. Bo niby z czego odkładać, jeśli wydaję tylko na najpotrzebniejsze rzeczy? Kiedyś dostałam znacznie zawyżony rachunek za wodę – na szczęście była to pomyłka przy odczytywaniu wodomierza. Ale od tego zaczęło się moje sprawdzanie: jakie są rzeczywiste koszty takich codziennych czynności, jak pranie, mycie zębów, kąpiel. Zrobiłam odkrycie (dla mnie – na miarę Archimedesa), że na samej wodzie mogę sporo zaoszczędzić. Wystarczy, że np. skrócę czas prysznica.

Ale nici z oszczędzania, póki nie wezmę wydatków pod lupę.

Do tej pory nie miałam pojęcia, na co rozchodzą mi się pieniądze. Wiedziałam tylko, że wciąż jest ich za mało. Ale kompletnie nie wyobrażałam sobie, by po każdym powrocie ze sklepu skrzętnie notować w zeszyciku wydatki, zliczać słupki i zamartwiać się, że kupiłam o jedną gumę do żucia za dużo. Dobre co najwyżej dla mojej babci. Znalazłam jednak sposób dla siebie. Postanowiłam, że będę tak robić przez miesiąc. Jeden miesiąc, nie dłużej! Zabawię się w poszukiwanie ukrytych kosztów oraz możliwych oszczędności. I chwyciło! Nie musiałam do niczego się zmuszać, obserwowanie wydatków zaczęło sprawiać mi frajdę. Pewnie byłoby inaczej, gdybym traktowała to nie jako „fun”, ale przykry obowiązek. Spodobało mi się jeszcze bardziej, gdy się udało zmienić tę zabawę w prawdziwą grę komputerową. A ja uwielbiam gry.

Prawie od roku korzystam z programu do kontrolowania budżetu.

Okazało się to prostsze, niż sądziłam. Na początku miesiąca kopiuję budżet z zeszłego i wprowadzam niezbędne modyfikacje: wpisuję kwotę wynagrodzenia (niestety, nie jest ona stała, mam pensję minimalną i dodatkowe zlecenia, czasem jest ich więcej, czasem mniej). Uwzględniam sytuacje wyjątkowe, takie jak imieniny kogoś z bliskich, wizyty u lekarza. Wydatki na czynsz, prąd i gaz, a także na jedzenie są podobne co miesiąc. Zostaje jeszcze coś w kategorii „Inne”. I z tej puli na początku każdego miesiąca przelewam kilkaset złotych na konto oszczędnościowe – jak znalazł na wakacje.

Takie planowanie wymusiło system: połowa tłusta, połowa chuda.

Chodzi o połowy miesiąca – większość pieniędzy na przyjemności wydaję dopiero po 15. dniu każdego miesiąca. Pierwsze dwa tygodnie po pensji to obowiązkowe rachunki, zakupy spożywcze, niezbędne rzeczy do domu. Gdy zaczynają się ostatnie dwa tygodnie, pozwalam sobie na książki, kino, kosmetyki, jakieś prezenty. W ten sposób cały miesiąc mam komfort i pod koniec nigdy nie ląduję na minusie. A do tej pory zdarzało mi się to bardzo często.

Zlikwidowałam bezsensowne koszty.

Zakręciłam kilka kurków, nie tylko ten z wodą. Dotąd płaciłam gigantyczny abonament za telefon komórkowy, na który namówił mnie przedstawiciel sieci. Gdy sama przyjrzałam się billingowi, stwierdziłam, że swobodnie wystarczy mi o połowę mniejszy. Zrezygnowałam też z telefonu stacjonarnego. I tylko dzięki temu w kieszeni zostaje mi miesięcznie ponad 100 zł. Oszczędności na wodzie i prądzie (zaczęłam dbać, żeby gasić światło tam, gdzie mnie nie ma, w przedpokoju brat zamontował czujnik ruchu) to kolejne 100 zł – prawie jedna dziesiąta moich dochodów!

Czy oszczędzone pieniądze jestem w stanie odłożyć?

Jeszcze niedawno każda dodatkowa kasa była dla mnie okazją do dodatkowej przyjemności: kino, wyjście ze znajomymi do klubu. Gotówka w portfelu kusiła. Ale teraz wszystko trafia na konto. A ja jestem takim typem, że wirtualne pieniądze trudniej mi wydawać niż rzeczywiste. Dlaczego? Może podświadomie się boję, że w moim programie budżetowym pojawią się czerwone rubryki oznaczające, że jestem na minusie i… przegrałam?

BUDŻET ANNY PRZYCHODY: 2400 zł
MIESIĘCZNE WYDATKI:
czynsz ....................450 zł
jedzenie ...............800 zł
ubrania .................500 zł
rozrywka ............400 zł
chemia, kosmetyki .....150 zł
RAZEM: ...........................2200 zł

Annie udaje się miesięcznie odłożyć ok. 200 zł. Te pieniądze przeznaczy na wymarzone wakacje.

ZDANIEM SPECJALISTY
Najpierw kontrola wydatków. Niekoniecznie trzeba zapisywać wydatki przez całe życie, ale warto zrobić to przynajmniej raz, przez trzy miesiące. Minimum to rzetelne notatki przez miesiąc, tak jak zrobiła Anna. Zapisywanie to połowa sukcesu, po trzech miesiącach trzeba wydatkom dokładnie się przyjrzeć i zastanowić, które naprawdę są niezbędne, a gdzie pieniądze przeciekają. Nie zawsze musi to oznaczać rezygnację z jakiejś pozycji. Być może wystarczy ponegocjować z operatorem telefonii komórkowej albo zacząć kupować w tańszym sklepie. Budżet nie musi być prowadzony za pomocą skomplikowanego programu komputerowego (choć może być on pomocny). Wystarczy zeszyt, a w nim w jednej linijce dochody, w następnych wydatki w pod- stawowych grupach: raty kredytów, opłaty za mieszkanie, transport, żywność, ubrania itd. To tylko przykład, w każdym domu budżet wygląda inaczej.