Widziałam Panią na scenie Teatru Narodowego w „Tangu” Mrożka. Była Pani tylko w bieliźnie, prawie naga. To duży stres?

Dominika Kluźniak: Po zmianach w pierwszym akcie już znacznie mniejszy. Teraz zdejmuję tylko sweterek, do niedawna rozbierałam się do majtek. Ale całkiem stresu nie dało się uniknąć, zwłaszcza że to jest mój pierwszy raz…

Chodziło Pani po głowie, żeby odmówić reżyserowi?

Dominika Kluźniak: Profesor Jerzy Jarocki, za co bardzo mu dziękuję, najpierw delikatnie, z wielką klasą spytał , czy ja w ogóle chcę się rozebrać. Nie wahałam się ani chwili, bo w tej scenie u Mrożka nagość jest w pełni usprawiedliwiona. Ale przyznaję, to dziwne uczucie, gdy na nagie ciało patrzy 70 obcych osób. Na szczęście takie zadanie aktorskie robi się automatycznie i tylko przez sekundę.

Nie dłużej?

Dominika Kluźniak: Może sześć. Da się przeżyć.

Jest Pani teraz tak szczuplutka. Odchudzała się Pani specjalnie do tej roli?

Dominika Kluźniak: Byłam bardziej okrągła, to prawda. No, powiedzmy, normalnej postury. Ale po urodzeniu Julki przytyłam ze 20 kilogramów. Półtora roku temu, gdy przyszedł czas robienia filmu Andrzeja Saramonowicza „Jak się pozbyć cellulitu”, pomyślałam, że już nie chcę oglądać się na ekranie z twarzą jak pełnia księżyca. Wkrótce też się okazało, że mam zastąpić Kamillę Baar w „Tangu”, a wiedziałam, że tam trzeba się rozbierać.

Teraz dobrze się Pani czuje z taką wagą?

Dominika Kluźniak: Bardzo. Człowiek lżejszy, jakoś łatwiej się pracuje. Schudłam teraz 7 kilo. Czy to tak dużo? Parę lat temu do filmu „Co słonko widziało” schudłam chyba więcej. Przy moim wzroście (160 cm) obecne 46 kg jest w sam raz. I zamierzam tę wagę utrzymać.

W komedii Saramonowicza bohaterki nazywają kalorie sukami. Jak Pani z nimi wojowała? Korzystała Pani z usług dietetyczki?

Dominika Kluźniak: A po co? Każdy przecież wie, co mu służy, a co nie. Wcale się nie katowałam! Tyle tylko, że nie łączę pieczywa z produktami białkowymi, unikam jedzenia po spektaklu i zrezygnowałam ze słodyczy. Zamiast czegoś słodkiego wolę pomidora z bazylią…

Nie przesadzi Pani? Nie grozi Pani anoreksja?

Dominika Kluźniak: Ja mam czteroipółletnie dziecko, które kocham najbardziej na świecie! Nigdy bym nie dopuściła do sytuacji, w której robię sobie krzywdę, bo w ten sposób robiłabym krzywdę i Julce. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć siły, aby ją podnieść czy biegać za nią po placu zabaw.

Ma Pani za sobą dopiero kilka lat pracy. A efekty – nadzwyczajne. Jest Pani doskonale rozpoznawalna przez teatrologów i zupełnie nieznana serwisom plotkarskim. To tak miało być?

Dominika Kluźniak: Tak! I bardzo z tego się cieszę! Podoba mi się moje życie takie, jakie jest. Nie ścigam się o pięć minut, ja się ścigam o całe życie!

Najwyraźniej z dobrym skutkiem. Scenarzyści piszą role filmowe specjalnie dla Pani. Tak było w przypadku „Jak się pozbyć cellulitu”. To komfortowa sytuacja?

Dominika Kluźniak: Wielka frajda. Aktor czuje się dowartościowany, co sprawia, że przed kamerą jest bardziej rozluźniony. Zamiast naginać się do roli, może pozwolić sobie na więcej kreatywności, wariactwa na planie, nie musi się łapać prawą ręką za lewe ucho.

Zatem satysfakcji z pracy Pani nie brakuje? Jak Pani odebrała komplement Saramonowicza: „W XX wieku w komedii królowała Kwiatkowska, obecne stulecie należeć będzie do Kluźniak”?

Dominika Kluźniak:  Bardzo się rumienię, słysząc takie słowa…

Kto pierwszy odkrył u Pani talent komediowy?

Dominika Kluźniak: Chyba tato po jakiejś mojej premierze w teatrze zauważył, że to, co robię, naprawdę cieszy ludzi.

Zdanie taty jest ważne?

Dominika Kluźniak: Liczę się z jego opinią, ale bardzo ważne jest też dla mnie zdanie mamy. Jak ja się przejmuję, gdy oni są na widowni! Strasznie się cieszę, jeśli mogą przyjechać z Wrocławia na moją premierę.

Od kiedy zaczęło się to Pani „wariactwo” z aktorstwem?

Dominika Kluźniak:  Jak wszyscy lubiłam oglądać filmy, zwłaszcza komedie. Ale chyba ostateczną inspiracją była lektura czasopisma „Film”. Ono mnie elektryzowało. Na ostatniej stronie zamieszczano adresy aktorów, np. Rober ta De Niro, Ala Pacino, numery ich skrytek pocztowych. Realny świat! Pomyślałam sobie: może ten świat jest mniejszy, niż mi się wydaje? Miałam za sobą wiele lat szkoły muzycznej, grałam na pianinie, w liceum byłam w klasie dyrygentury – czułam, że między zawodem aktora a muzyka nie ma wielkiej przepaści, bo oba przecież wiążą się z przenoszeniem emocji. Miałam zdawać na dyrygenturę do wrocławskiej Akademii Muzycznej, ale egzaminy do szkoły teatralnej były wcześniej, więc na tamte już nie poszłam.

I już? To takie proste?

Dominika Kluźniak:  Dziś łatwo się o tym opowiada, ja wiem, ale mam też świadomość, że tego miejsca, w którym teraz jestem, nikt mi nie dał, sama sobie na nie zapracowałam. W jednej szkole, drugiej, i później też…

Widzę, że nie daje się Pani nieść fali, tylko kieruje swoim życiem, a nie ono Panią.

Dominika Kluźniak: Przecież na starcie ważne jest, żeby wiedzieć, czego się chce. I konsekwentnie iść tą drogą. Wtedy unikamy miotania się, szaleńczych zmian decyzji, szybkich zwrotów akcji.

To jest trudniejsza droga. Po co tak?

Dominika Kluźniak: Łatwiejsza. Bo pozbawiona kompromisów, naginania się, co jest męczące. Wolę zrobić mniej, ale lepiej, najlepiej jak umiem, niż ciągle lawirować między teatrem, planem, domem. Wolę mieć wszystko pod kontrolą. Spokojnie potrafię zostawić pewne rzeczy na boku, skupiając się wyłącznie na tych najważniejszych. Cieszę się, że zrobiłam serial „Brzydula”, bo lubiłam tę swoją krawcową Izę, ale pracę w serialu byłam w stanie zostawić dla siedmiu miesięcy prób w teatrze u Jarockiego.

To nic, że zarobiła Pani mniej?

Dominika Kluźniak: Mam mieszkanie, samochód, pensję w teatrze i naprawdę nie muszę posiadać 150-metrowego apartamentu ani jakiegoś luksusowego auta! Zyskałam za to więcej wolności. Jeśli ma się mniej pieniędzy, nie znaczy, że nie może być przyjemnie…

Więc pewnie zgadza się Pani z dyrektorem Englertem, który zwolnił Grażynę Szapołowską, bo wybrała telewizyjny show zamiast „Tanga”? Pani zdaniem aktorka nie miała prawa zarobić tego wieczoru dodatkowych pieniędzy?

Dominika Kluźniak: Wolałabym nie komentować tego zdarzenia. Ale skoro pani pyta, odpowiem wprost: tak, moim zdaniem dyrektor postąpił słusznie. Bo co by było, gdyby każdy miał do zarobienia wieczorem jakieś pieniądze? Co wtedy z teatrem? A gdyby to było nie w teatrze, lecz w innym zakładzie pracy? Czy szef nie powinien zareagować tak samo?

Praca zawsze na pierwszym planie?

Dominika Kluźniak: Nie zawsze. Jestem obowiązkowa, kocham teatr, uwielbiam swoją pracę, mogę doskonalić każdy szczegół roli do upadłego i powtarzać scenę w nieskończoność. Niemniej od kiedy mam Julkę, wiem też, że są sprawy ważniejsze od roli – siły trzeba oszczędzić dla dziecka.

Wygląda Pani jak nastolatka, a wygłasza dojrzałe sądy…

Dominika Kluźniak: 10 l ipca kończę 31 lat . Moja mama wygląda jak moja siostra, mam nadzieję, że i ja mam taki młody wygląd w genach. Ale odbicie w lustrze mnie nie myli – czuję się dorosła, odpowiedzialna, dobrze zorganizowana. I sporo już o sobie wiem.

Co?

Dominika Kluźniak: Na przykład, że jestem zazdrośnicą. Próbuję uwiązywać ludzi do siebie, wymagam jakiejś strasznej lojalności, źle ją pojmuję, z czego na ogół nic dobrego nie wynika, bo emocjonalnie na ogół muszę za to płacić. Co gorsze, zwykłam też nadbudowywać mosty, czyli dopowiadać sobie coś, czego ktoś nie powiedział. I zamartwiam się tym na zapas, co piekielnie komplikuje mi życie.

Robi Pani bliskim sceny zazdrości?

Dominika Kluźniak: Nie, jestem miła, grzeczna, ale okropnie zaborcza wobec ludzi, którzy są dla mnie ważni, wobec mężczyzn, przyjaciółek, dziecka. Na szczęście najmniej wobec Julki. Z ką staram się szczególnie uważać, bo chciałabym, żeby wyrosła na osóbkę samodzielną. Jeśli na przykład mówi, że dobrze jej u dziadków, to ja w pierwszym odruchu, przez pół sekundy, czuję ściśnięcie w sercu. Dopiero za chwilę umiem powiedzieć sobie: „Moje dziecko jest szczęśliwe, o to mi przecież chodzi”, i potrafię już do tematu nie wraca.