Nina: Mistrz i uczennica. Tak ta relacja wyglądała na początku. Z czasem nasze role zrównoważyły się. Co będzie, kiedy się odwrócą? Myślę o tym z niepokojem…

Im dalej w las, tym różnica wieku zaczyna coraz bardziej o sobie przypominać. Przez blisko dekadę nie czułam jej w ogóle. Mój związek jest jednak specyficzny nie tylko z powodu lat, które nas dzielą. Mój mąż jest artystą malarzem – to też nadaje relacji specyficzny kontekst. Jego świat był zawsze w jakimś sensie osobny, hermetyczny, zamknięty za drzwiami pracowni. Na dodatek z czasem nasze potrzeby zaczęły się trochę rozmijać. On coraz częściej chowa się w pracowni, tymczasem ja mam jeszcze ochotę zdobywać świat.

Dzieli nas osiemnaście lat. Weszłam w ten związek jak w dym, na zasadzie: żyjmy chwilą. Wieku nie brałam wtedy pod uwagę.

Byłam zafascynowana Jackiem. Kiedy się poznaliśmy, miał czterdzieści lat, ja 22. Dla mężczyzny to najlepszy czas: jest już dojrzały, beztroskie lata są daleko za nim. Ma doświadczenie, dzięki któremu kobiecie może coś ofiarować. A ja bardzo chciałam, żeby ktoś pokazał mi świat. I taką porcję „życia” dostawałam każdego dnia. Moi rówieśnicy zajmowali się imprezowaniem, a ja miałam mądrego przewodnika. Na pewno nie bez znaczenia była reakcja moich najbliższych na naszą znajomość. Rodzina i przyjaciele polubili Jacka. Choć mama dała się przez moment ponieść stereotypowemu myśleniu: Jacek znudzi się mną i za chwilę znajdzie sobie kolejną młodą muzę. Ale on szybko wszystkich do siebie przekonał. Wszedł w świat moich znajomych, dzięki czemu nie musiałam z niczego rezygnować. Przyjaciółki lgnęły do niego, bo ma piękną i szalenie rzadką, szczególnie u mężczyzn, cechę – potrafi słuchać. Nie spotkałam się z tym u facetów z mojego rocznika. A Jacek zadaje pytanie i rzeczywiście słucha odpowiedzi. Nie po to, aby kobieta poczuła się lepiej, ale dlatego, że naprawdę jest ciekawy drugiego człowieka. Moje koleżanki do dzisiaj uwielbiają z nim rozmawiać – jest dla nich powiernikiem. Myślę, że dla dojrzałego mężczyzny młoda kobieta jest inspiracją, siłą witalną. Motywuje do działania, do życia. Do tego, aby pozostawać młodym. Fizycznie i mentalnie. Żeby wszystko było jasne: nie pochwalam mężczyzn, którzy w dojrzałym wieku przeżywają tzw. drugą młodość, to znaczy zostawiają rodziny dla nastolatek, ale trochę to rozumiem. To właśnie chęć do „pozostania w grze”. A może strach przed przemijaniem? Nasza relacja nie była jedynie fascynacją damsko-męską. Była spotkaniem mistrza i uczennicy, nie tylko z punktu widzenia życiowych doświadczeń, ale także ze względu na zawodową przestrzeń. Poznaliśmy się na wernisażu jego prac. Kupowałam coś małego, bo na większy obraz nie było mnie stać. A uwielbiam twórczość Jacka, jest dla mnie guru i bardzo zależało mi na jego opinii dotyczącej moich prac. Zachęcał, abym kontynuowała przygodę z sztuką. Uwierzył we mnie, a to było dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Zaczęliśmy się spotykać. I pojawiło się jedno „ale”. Co prawda, Jacek nie był już wtedy żonaty, jednak poza swoim życiowym doświadczeniem, talentem, którym byłam zafascynowana, i mądrością, z której mogłam czerpać garściami, miał jeszcze przeszłość w postaci dorastających dzieci. Przyznam, że tej próby trochę się bałam. Przyjęłam chyba jedyną w tej sytuacji słuszną postawę – trzymać się z daleka. Od dzieci i ich relacji z ojcem. Jacek też bar-zo o to dbał. Z perspektywy mogę powiedzieć – udało się. Dzieciaki Jacka są już dorosłymi ludźmi. Mam z nimi bardzo poprawne relacje, szanujemy się i chyba nikt do nikogo nie ma o nic żalu.

Coraz częściej to ja staję się przewodnikiem po naszej codzienności. Odpowiadam za organizację, koordynację, logistykę. I dzisiaj zdarza się, że mąż radzi się mnie. Kiedyś było odwrotnie.

Dopiero teraz zaczynam się obawiać. O nas. Zbliżam się do wieku, w którym był Jacek, kiedy nasza miłość się rodziła. Mam w sobie dużo energii i chęci, tak jak on wtedy. Tylko że on teraz coraz częściej lubi się schować. Zaczynamy mieć inne rytmy. Próbuję oswoić te swoje obawy. Znaleźć sposób na wspólne życie w dwóch „podświatach”. Nasze role powoli się równoważą. Obawiam się, co będzie, kiedy całkowicie się odwrócą. Najbardziej obawiam się momentu, w którym Jacek powie: „Nic mi się nie chce”. Na szczęście jest nasz syn. Ma sześć lat i nie rozumie, że tata ma ochotę schować się w swoim świecie. Jasiek jest naszym punktem centralnym. Ostatnio coraz częściej zauważam, że bywa łącznikiem między nami. No bo co znaczą dla sześciolatka zamknięte drzwi pracowni taty? Że trzeba je otworzyć. Ja pukam, staram się być delikatna, nieproszona nie wchodzę. Jasiek wbiega i mówi: „Tata, potrzebuję ciebie”. I nie pozostawia Jackowi wyboru. Nasz syn jest moim sprzymierzeńcem w walce z czasem, z dzielącymi mnie z Jackiem latami.

Agata: Kiedy zdobywa cię o dziesięć lat młodszy facet, czujesz się… o dziesięć lat młodsza! Patrzysz w lustro z łaskawością. Jakby zmarszczki były mniej widoczne.

„Nie boisz się, że on będzie chciał poszaleć, że jeszcze się nie wyszumiał, że wrócisz któregoś dnia do domu i zobaczysz pustą szafę?”. To są pytania, które bardzo często słyszy kobieta, kiedy związuje się z facetem młodszym o dekadę. Nie wiem, czy inne kobiety tego się boją. Być może, ja nie mam powodu. Trafiłam na domatora z krwi i kości. Na bardzo statecznego mężczyznę, który skupiony jest przede wszystkim na pracy. To raczej ja ciągle jeszcze mam więcej energii. Marek pochodzi z biednej rodziny. Nie chciał żyć tak jak jego rodzice. Postanowił, że coś osiągnie, stanie się niezależny finansowo, że będzie mieszkał tak, jak sobie zamarzy, że będzie jeździł samochodem, który mu się podoba. Realizuje to postanowienie konsekwentnie każdego dnia. Widzę efekty: krok po kroku jest coraz wyżej. I to mi bardzo imponuje. Znamy się ponad 20 lat, ale razem jesteśmy od ośmiu. To był nie do końca klasyczny romans w pracy, który nie bez przeszkód przerodził się w związek. Nie było uderzenia pioruna ani miłości od pierwszego wejrzenia. Zdecydowanie nie! Pracując razem, powoli się zaprzyjaźnialiśmy. Uważnie na niego patrzyłam, mogłam go „sprawdzać” bez żadnych intencji – wiedziałam, że jest ciepłym, dobrym facetem. Traktowałam go jednak wyłącznie jak kumpla. Byłam wtedy uwikłana w poprzedni związek i nie miałam ochoty na kolejne damsko-męskie potyczki. Raczej zwierzaliśmy się sobie. Bez żadnego podtekstu. Aż pewnego dnia niepostrzeżenie dla obu stron relacja przyjacielska przeistoczyła się we flirt. Jakby nagle coś między nami zaiskrzyło.

Prawie przez rok nasz związek był romansem pilnie strzeżonym, co temu bardzo powoli rodzącemu się uczuciu dodawało pikanterii.

Zawsze byłam cholernie zakompleksiona. A do tego nigdy nie trafiałam na mężczyzn, którzy dodają kobiecie skrzydeł. Wręcz przeciwnie: w kolejnych związkach moja kobiecość coraz bardziej więdła. Pamiętam do dzisiaj, jak któregoś dnia, będąc już z Markiem, spojrzałam w lustro i zobaczyłam nieznane mi odbicie. A może inaczej zinterpretowałam to, co widziałam. Chyba pierwszy raz pomyślałam: „Nie jest źle!”, a nawet: „Właściwie całkiem OK”. Śmieję się, że młodszy mężczyzna jest jak zastrzyk z botoksu. Myślisz sobie, że skoro nie szuka partnerki pośród swoich rówieśniczek, tylko jest z tobą, to oznacza, że uważa cię za atrakcyjną. Tak, poczułam się atrakcyjna. Miałam 47 lat, na nic już przecież nie liczyłam i nagle dostałam ogromnego energetycznego kopa. Bardzo mnie to podbudowało. Zawsze starałam się o siebie dbać. Ale wtedy naprawdę zachciało mi się o siebie powalczyć. Jakby ktoś wyhodował mi te brakujące skrzydła. Czy za skrzydła trzeba zapłacić? Owszem.

Nie boję się, że Marek będzie chciał zaszaleć, ale… bywa, że to ja muszę włożyć w tym związku spodnie.

Po jakimś czasie zorientowałam się, że żyję z synkiem mamusi. I że ja też muszę mu chwilami matkować. A mam już przecież dwoje dorosłych dzieci. I tu przypomina o sobie druga pula pytań, które słyszy kobieta, kiedy związuje się z mężczyzną młodszym o dekadę: „Czy się nie boisz, że on nie jest jeszcze dojrzały?”. Nie myślałam o tym. Do czasu. To prawda, mężczyźni dojrzewają później. A jeśli do tej mądrości dołożyć jeszcze nasze dziesięć lat, robi się kłopot. Bywa więc, że „boksuję się” z człowiekiem, któremu wydaje się, że na wszystko ma jeszcze czas. Narracja niedojrzałości. Nasz najlepszy wspólny okres to początek romansu – randki. Namiętność, spontaniczność. Naturalną koleją rzeczy było jednak wspólne zamieszkanie. Przestałam liczyć, ile razy w rozmowach dotyczących różnych ważnych spraw słyszałam od Marka legendarne zdanie: „Nie jestem jeszcze gotowy”. Jest więc tak: z jednej strony czujesz się młoda i atrakcyjna, ale z drugiej masz wrażenie, że niczym matka stoisz z batem i powtarzasz: „Umyj ręce”. Związek się rozwija, ale to ty jesteś jego motorem napędowym. I to ty musisz decydować. Za niego i za siebie. W takich momentach bardzo silnie odczuwam dzielące nas lata.

Julia: Nie patrzysz przecież w dowód osobisty. Nie patrzysz też na siwe włosy. Patrzysz w oczy i wiesz, że to ten jedyny.

Zawsze spoglądałam w stronę dojrzałych mężczyzn. Zawsze czułam się inna niż moi rówieśnicy i nie potrafiłam nawiązać z nimi bliższej więzi. Jakby coś między nami stało, coś nas dzieliło. A z Leszkiem od pierwszego spotkania nie dzieliło mnie nic. Tylko te piętnaście lat. Spotkały się dwie takie same wrażliwości, dwa takie same poczucia humoru. Okazało się, że oglądamy te same filmy, czytamy te same książki, słuchamy tej samej muzyki. Oboje też już coś przeżyliśmy i wiedzieliśmy, że wspólne życie to spotkanie dwóch osób, które pozostaną odrębne, a nie – zakończone wzajemnym uduszeniem – romantyczne zrośnięcie w jedność.

Byliśmy na siebie zdecydowani. Tylko nasze otoczenie nie podchodziło tak entuzjastycznie do naszego uczucia.

Nigdy nie czułam między nami różnicy wieku, ale poczułam za to, co znaczy ciężar przeszłości starszego partnera. Chociaż Leszek miał za sobą rozwód, to kiedy zaczęliśmy się spotykać, eksżona nie była zachwycona, że zjawiłam się w jego życiu. Uprzykrzała nam bycie razem dość skutecznie, a ponieważ łączą ją z Leszkiem ich dzieci, wiedziałam, że muszę wykazać dużo ostrożności i delikatności. Dojrzałości ponad mój wiek wymagały również relacje z teściową. W zasadzie dopiero niedawno, kiedy urodziłam córkę, zaakceptowała „siksę” w życiu syna. Dużo przeszłam, aby te puzzle poukładać, ale ani przez chwilę nie pomyślałam, że chciałabym zamienić go na młodszy model, bo to by coś w moim życiu ułatwiło. Pamiętam dzień, w którym poszliśmy z Leszkiem na USG. Lekarka prowadząca moją ciążę obwieściła: dziewczynka. Mąż – ojciec dwóch, dorosłych już dzisiaj, synów – zaraz po wyjściu z gabinetu, z ulgą w głosie powiedział: „Na szczęście, bo na chłopca już nie miałbym chyba siły”. Zażartował, ale wiem, że jest ziarno prawdy w tym, co powiedział. Leszek jest wspaniałym ojcem. Doskonale wie, ile miłości i atencji potrzebuje od taty mała dziewczynka, aby kiedyś czuć się ze sobą dobrze. Z radością patrzę, jak mój mąż obdarza naszą córkę mądrą miłością. Wiem – to wyraz jego dojrzałości. Ale obawiam się też, choć staram się o tym nie myśleć, że córka może nie mieć ojca tak długo jak inne dzieci. Raz na jakiś czas Leszek pyta z uśmiechem, czy jestem pewna, że kiedyś będę chciała nim się opiekować. Zastanawiam się, czy chce mnie oswoić z czymś, o czym nigdy nie rozmawialiśmy? I powiem szczerze: na takie rozmowy nadal nie jestem gotowa. Posyłam go wtedy do diabła. Przecież coś złego może przydarzyć się każdemu z nas, niezależnie od metryki. A mnie taka miłość mogła przydarzyć się tylko z nim.