Każda z nich w pierwszym momencie była zaskoczona moim pytaniem. „Czego nauczyłaś się od swojego dziecka?”. Odpowiadały „Muszę dłużej pomyśleć” i prawie za każdym razem to „dłużej pomyśleć” trwało chwilę. A potem wyliczały. Każda z nich rozmowę nie tylko zaczynała, ale także kończyła bardzo podobnie: „Mogłabym tak opowiadać godzinami…”. Bo nasze dzieci, jak się okazuje, zastępują nam rozmaite kursy, szkolenia, warsztaty. Ich miłość i obecność są edukujące.

Sonia, mama Natalki (7 lat)

Natala nauczyła mnie zachwycania się drobiazgami, tym, co tu i teraz. Przedtem cały czas dokądś gnałam, ciągle czegoś chciałam, byłam łasa na nowe doznania – niestety, wszelkiego rodzaju (zabawowe, erotyczne, także te ekstremalne). Natala pokazała mi, że można czuć się fajnie, wylegując się w ogrodzie, że można zachwycać się smakiem gorącej czekolady czy porzeczek jedzonych prosto z krzaka. Nauczyła mnie też wrażliwości, pochylania się nad motylkami, mrówkami, dziwnymi stworzeniami – kiedyś patrzyłam wyłącznie do góry, miałam swój mikrokosmos, a teraz dostrzegam życie toczące się dokoła mnie. Córka nauczyła mnie miłości i… strachu. Zanim się pojawiła, niczego się nie bałam, wydawało mi się, że nic złego nie może się stać, a jeżeli się stanie, to trudno – zapłacę za to i tyle. A teraz się boję. Bo już wiem, czym jest strach – taki dojmujący i „walący” od środka – to strach o jej zdrowie, bezpieczeństwo. Ale też i ja chciałabym jak najdłużej z nią być, pokazać mój świat, nauczyć, jak być fajną, szczęśliwą kobietą. Dzięki córce stałam się bardziej odpowiedzialna. Nadal jestem bałaganiarą, lecz w tym wycinku mojego życia pt. „Natala” – ogarniam absolutnie wszystko. Wiem, że inaczej się nie uda i – o dziwo – okazuje się, że umiem. Pamiętam o terminach, lekcjach, lekarzach, szczepieniach. Córka nauczyła mnie również podziwu dla mojej mamy. Kiedyś uważałam, że mama wiele rzeczy robi źle, głupio, że wszystko można zrobić inaczej, lepiej. Teraz widzę, ile wysiłku, mądrości, luzu musiało kosztować ją wychowanie trzech córek, które – mimo różnicy wieku – tak się kochają i lubią. Tak, to zasługa naszej mamy. Zdałam sobie z tego sprawę również dzięki swojemu dziecku, dzięki macierzyństwu.

Katarzyna, mama Linki (21 lat)

Zawsze brakowało mi asertywności. Nauczyła mnie jej moja córka. I w sposób znaczący usprawniła życie. Zawsze czułam się do czegoś zobowiązana: „Muszę pomóc, zaopiekować się, poświęcić czas, bo jestem… córką, przyjaciółką, pracownikiem”. Nie potrafiłam wypowiedzieć słowa: „Nie”. Któregoś dnia moja dorastająca już wtedy córka powiedziała: „Mamo, nie musisz, możesz. Taka jest zasada”. To było dla mnie zaskakujące, ale potrzebowałam dużo czasu, aby przestawić swoje myślenie. Linka była bardzo konsekwentna i wtłaczała mi do głowy tę nową zasadę. Kiedyś, już trochę podszkolona, rozmawiałam przez telefon, a ona, słysząc, co mówię, szepnęła: „Nie musisz tłumaczyć, dlaczego nie chcesz. Wystarczy, że powiesz „nie”. W końcu mnie wychowała… To wielka ulga powiedzieć to słowo na „n” i nie mieć wyrzutów sumienia.

Dorota, mama Zuzy (21 lat) i Hanki (16 lat)

To był poranek, jakich wiele. W biegu. Trzeba szybko wyjść z domu, Hankę (wtedy miała 4 lata) odstawić do przedszkola, Zuzkę (9 lat) do szkoły, i przedrzeć się w korkach na drugi koniec miasta do pracy. A tu najpierw bój z młodszą o rajstopki, bo podałam królewnie nie takie, jakie chciała. Potem rozlana herbata. Na szczęście bez strat, uff, koszulka wyszła z tego sucha. Oddycham głęboko, ale w środku już się gotuję. I na pięć minut przed wyjściem Zuza mówi, że na dziś do szkoły musi mieć krepinę i bez krepiny nie pójdzie. Spektakularnie wtedy się wydarłam. Krzyczałam na nie obie. Moja czteroletnia córeczka zawołała wówczas: „Mamo! Ty na mnie nie krzycz, ale tłumacz wszystko, tak jak tata!”. To był właśnie ten kubeł zimnej wody. Czułam się okropnie głupio, było mi wstyd. Ileż to razy dawałam upust emocjom w poczuciu, że jestem w pełni usprawiedliwiona, bo przecież one są takie nieznośne. Ale te słowa mojego dziecka: „Nie krzycz – tłumacz”, trafiły celnie. Córki nauczyły mnie rozmawiać z nimi. I nie ma wymówek, że ten mały człowiek nie jest jeszcze partnerem, bo jest. Wypracowałyśmy metody – kiedy w środku zaczynałam się gotować, mówiłam: „Dziewczyny, teraz moja cierpliwość jest jak arbuz”. I pokazywałam, rozstawiając dłonie, ile jeszcze wytrzymam. Czasem cierpliwość zmniejszała się do rozmiarów jabłka. Wtedy uprzedzałam, że zaraz wybuchnę. Bywało ciężko. Jeśli nie chciałyśmy ze sobą rozmawiać, to pisałyśmy listy na karteczkach. Hania wiadomość rysowała i taki papierowy samolocik lądował mi na kolanach. Wszystkie uczyłyśmy się panować nad własnymi emocjami, aż wrócił spokój. Nie mam potrzeby wrzeszczeć, dużo ze sobą rozmawiamy. Nie mam również monopolu na prawdę. I za to, jaka jestem dziś, dziękuję swoim dzieciom.

Agnieszka, mama Tomka (31 lat) i Piotrka (24 lata)

Dwóch dorosłych synów to dla matki – oczywiście jeśli chce korzystać z ich rad – piękna szkoła życia. Moi synowie są moim lustrem. Nie krzywym zwierciadłem i nie zwierciadłem upiększającym wbrew prawdzie. W tym, co do mnie mówią, mogę zobaczyć siebie. Zwracają mi uwagę w czuły sposób. Uczą słuchać samej siebie. Miałam z tym problem, na wiele sobie nie pozwalałam, „bo nie powinnam”. Oni dają mi przyzwolenie na myślenie o własnych potrzebach. Często słyszę: „Mamo, jeśli tego chcesz, zrób to. Bo trzeba czasem pomyśleć o sobie”. Oduczają mnie też uszczęśliwiać cały świat. Tłumaczą, nie mam wpływu na wszystko i wszystkich, że nie muszę zadowolić każdej spotkanej osoby. I jeszcze jedno: zwracają mi uwagę, żebym nie oceniała innych. Zdarza mi się w pośpiechu zbyt pochopnie wydawać opinię. Stopują mnie w tym.

Lidka, mama Tosi (5 lat)

Moja córka nauczyła mnie przede wszystkim cierpliwości i tego, że niektóre rzeczy trzeba powtarzać wiele razy, żeby uzyskać jakąś reakcję (niekoniecznie pożądaną). Oczywiście nie oznacza to, że czasem nie zalewa mnie krew czy nie tracę cierpliwości, ale zdarza mi się to coraz rzadziej. Myślę, że to jej zasługa. Pokazała mi, że wszystko da się przetrwać, jeśli tylko można przytulić się potem wieczorem do kogoś, kto kocha cię bezwarunkową miłością. Odkąd Marta jest na świecie, uczę się nie przejmować drobiazgami. I jeszcze coś bardzo ważnego: dzięki niej czasem potrafię sobie odpuścić – a to dla mnie wielka nowość i ulga, bo z natury jestem perfekcjonistką.

Elżbieta, mama Jaśka (5 lat) i Zosi (2 lata)

Mam wrażenie, że za sprawą dzieci zniknęły wszystkie moje obsesje i natręctwa. Przesadne poukładanie, planowanie każdego dnia i każdej czynności, ciągłe sprzątanie wszystkich kącików… Walczyłam z tym wiele lat. Mąż i znajomi powtarzali, że to, co robię, jest chore, i z każdym tygodniem moje obsesje się pogłębiają. Kiedy nie miałam zaplanowanego przynajmniej najbliższego tygodnia, czułam się jak dziecko we mgle, bezradna. Męczyłam się bardzo. Wraz z pojawieniem się dzieci, moja „choroba” stopniowo zaczęła przegrywać z przepięknym chaosem, który w życie mamy wprowadzają dzieci. Najpierw te zmiany wprowadził Jasiek, teraz dołączyła do niego Zosia. Nie ma mowy o wielkich planach – dzieci dyktują warunki, i wbrew pozorom, dają mi przez to wielki oddech. Dzięki dzieciom przestałam być niewolnikiem własnych słabości.

Mira, mama Oliwki (5 lat) i Jagódki (1,5 roku)

Odkąd na świecie są moje córki, prze-mijanie czasu zaczęłam czuć niemal fizycznie. Rok w życiu dziecka to lata świetlne. Dzięki temu zrozumiałam, że pewne sytuacje, zachowania są ulotne i niepowtarzalne. Nauczy-łam się doceniać każdą chwilę. Nie błądzić myślami, ale chwytać to, co właśnie się dzieje. Przestałam cokolwiek odkładać na jutro, a wcześniej zdarzało się to często. Teraz działam. Mam wrażenie, że dzięki moim cór-kom stałam się bardziej świadoma, bardziej ciekawa świata. Chciałabym, żeby moje córki wyrosły na pozbawione kompleksów, odważne kobiety. Dziecko jest znakomitym obserwatorem, chłonie jak gąbka to, co dzieje się wokół niego. Wiem, że kobiecości będą uczyły się ode mnie. Córki w piękny sposób zapraszają mnie do rozmowy. Starsza, Oliwka, ma fajny zwyczaj: kiedy chce powiedzieć coś ważnego, rysuje i przychodzi z kartką. To początek dłuższej rozmowy (np. kiedy chce przeprosić, rysuje serce). Na taką pogawędkę mam ochotę nawet wtedy, gdy jestem bardzo zmęczona. Dzieci są jak bate ria, która napędza mnie do życia.

Joanna, mama Łukasza (32 lata), Oli (22 lata) i Agnieszki (12 lat)

Kiedy urodziłam Łukasza, sama byłam dzieckiem, co prawda 20-letnim, ale rozpieszczonym, nienauczonym życia. Nagle musiałam zdobyć „sprawność mamy”. Udało się. Łukasz nauczył mnie zaufania do samej siebie. „Mamo, powiedz, ty na pewno wiesz…” – patrzył na mnie jak na wyrocznię. Co miałam robić? Musiałam wiedzieć. I nawet zaczęło mi to wychodzić. Przy Oli byłam już „doświadczoną” mamą. Szczęśliwa, że teraz córeczka, widziałam słodką dziewczynkę w sukieneczkach i warkoczykach. Do dziś – a Ola ma 22 lata – mogę na palcach policzyć, ile razy włożyła sukienkę. Dżinsy, adidasy, żadnych laleczek, kokardeczek. Kompletnie inna niż ta z mojej wyobraźni. To dzięki niej wiem, że bliscy nie muszą spełniać naszych oczekiwań, bo to kompletny absurd. Tolerancja? To coś więcej. Tego zresztą uczą mnie obie moje córki. I jeszcze obsługi nowego telefonu komórkowego, zakładania profilu na Facebooku i tego, że dostawać jest równie fajnie, jak dawać. Od moich dzieci dostaję naprawdę wiele. Codziennie.

Anna, mama Marty (30 lat)

Zanim zostałam mamą wydawało mi się, że znam przepis na relację matka – córka. I że wzorem do naśladowania jest więź łącząca mnie z mamą. Byłyśmy zżyte i obie potrzebowałyśmy ciągłego kontaktu ze sobą. Wierzyłam, że tak być powinno. Moja córka jest inna niż ja i jej babcia. Łączy nas bardzo silna, lecz inna więź. Córka nauczyła mnie akceptacji odmienności. I ta lekcja pomaga mi w życiu. Dzięki temu o wiele łatwiej rozumiem ludzi, którzy czują inaczej niż ja. Skoro inaczej niż ja widzi, odbiera i czuje świat moje własne dziecko, to ja tym bardziej rozumiem poglądy, które kiedyś wydawały mi się kosmicznie odległe od moich. Dzisiaj wiem, że inności mogą się ze sobą pięknie łączyć.

Monika, mama Izy (20 lat) i Michała (15 lat)

Dzieci uczą mnie luzu i dystansu do codzienności. Jestem dość zasadniczą i obowiązkową osobą. Kiedy w sobotę z wywieszonym językiem latam ze ścierką, ponieważ czuję, że „tak powinnam”, słyszę: „Mamo, mieszkanie to nie muzeum, tu nie musi wszystko lśnić. Sobota służy również do tego, żebyś sobie poleżała w łóżku z gazetą”. Z przykrością muszę przyznać: nie jestem łatwym uczniem i moje dzieci, tak jak ja kiedyś im, muszą w kółko powtarzać mi to samo. Ale jedno jest pewne: jeśli w ogóle ktoś może coś we mnie zmienić, do czegoś przekonać, to właśnie moje dzieci.