Gdy czasem jest jej źle, siada na ganku i przygląda się koniom, które dzięki niej znalazły spokojną przystań. Patrzy, jak się do siebie zalecają – strzygą uszami, przytulają się. Jak się sobą opiekują – silniejszy podprowadza słabszego do wodopoju. Wtedy w sercu ma radość. – Robiłam w życiu wiele rzeczy. Ale czułam się tak, jakbym wkładała cudze ubrania. Ratowanie zwierząt to moja pierwsza sukienka uszyta na miarę – wyznaje Eulalia Wojnicz.

Najpiękniej jest tu właśnie teraz, latem. Pachną zioła, kwiaty mienią się kolorami W księżycowe noce Eulalia rozpala ognisko wsłuchuje się w ciszę lasu, spogląda w gwiazdy. Gdy tylko zapłonie ogień, z każdego kąta wychodzą zwierzęta. Psy siadają u jej stóp, koty wskakują na kolana, a kozy wtulają łby w jej ramiona. Ze stajni słychać rżenie kon – one też chcą być blisko swej wybawicielki Uratowała je od złego losu: głodu, bicia, choroby, śmierci. – Dla nich wszystkich żyję – mówi Eulalia Wojnicz, rudowłosa, zjawiskowa. W zaplecionych warkoczach przypomina Anię z Zielonego Wzgórza. Na Mazurach, pod Mrągowem, w sercu Puszczy Piskiej, na osiemnastu hektarach stworzyła raj dla zwierząt. Dotąd nie znały smaku przyjaźni, były bite, głodzone albo przeznaczone na rzeź. Dziś są szczęśliwe. Jes tu ich ponad setka: konie, kucyki, osły, owce kozy, psy, koty. Do Eulalii trafiły w strasznym stanie: wychudzone, pełne strachu i cierpienia. Ale już po kilku tygodniach przybierały na wadze, a ich sierść zaczynała lśnić. Bo poczuły się kochane. Eulalia nauczyła je patrzeć na świat bez lęku; nauczyła dotyku, który nie boli; smaku innego niż suchy chleb; bliskości z człowiekiem. Pierwszy raz poznały, co to miłość.

Eulalia miłości zaznała w rodzinnym domu. Tu zawsze patrzyło się sercem, gardziło chłodną kalkulacją.

Przykład? Ojciec Eulalii po trzech dniach oświadczył się Almirze, pięknej aktorce, bo serce mu podpowiedziało, że to ta jedyna. Z Wilna, gdzie mieszkała, ściągnął ją do Polski. Zamieszkali w starej kamienicy w Olsztynie. Tu urodziła się im córka. Dali jej na imię Eulalia, żeby była wyjątkowa jak wybrane dla niej imię. I była. Zawsze miała mnóstwo przyjaciół: psy, koty, kawki, jeże. Zobaczyła w lesie psa przywiązanego drutem do drzewa – uratowała go. W kontenerze na śmieci znalazła przysypanego obierkami kociaka – przygarnęła malucha. Przywoziła do domu bezpańskie stworzenia nawet z Wileńszczyzny. Spędzała tam wakacje u dziadków. Mieszkali w Dziewieniszkach nad Solczą. – Wokół pachniało stodołą pełną siana, oborą pełną świń i stajnią. Ale także rzeką wijącą się tuż za płotem i czarną olchą rosnącą nad brzegiem. Zerwane świeże gałązki odstraszały turkucia podjadka, który zamieszkał w babcinym ogródku warzywnym – wspomina Eulalia.

Litwa była jej „zaczynem”. Tam wszystko się zaczęło. – Byłam mała, ale przecież czułam, że pies przywiązany do łańcucha cierpi – mówi . Jak widziała dziurawą budę, przez którą deszcz lał się do środka, szukała desek, brała od dziadka młotek i raniąc sobie palce, łatała dziury. Płakała, gdy jednego dnia głaskała królika, a dzień później widziała suszącą się na płocie zdjętą z niego skórę. Pamięta ciasne podwórko, a na nim osiem kundli na łańcuchach. – Spać nie dają, żrą jak świnie, wszystkie na zabicie – usłyszała od gospodarza. To było wstrząsające, że ludzie traktują zwierzęta inaczej niż ona – nie jak istoty czujące ból, zimno, głód, ale wyłącznie jak użytkowe przedmioty w gospodarstwie. Wtedy zdecydowała: gdy dorośnie, zrobi wszystko, by to zmienić.

Mijały lata. Eulalia poszła do liceum. Zaczęła trenować lekkoatletykę. Miała świetne wyniki, dostała powołanie do kadry Polski. Trenerzy już planowali jej przyszłość: chcieli, by studiowała na AWF-ie, została trenerką lub nauczycielką. – Tyle że mnie ciągnęło do zwierząt. Marzyłam o pracy w stadninie – wspomina. – Jednak wtedy, w latach 80., konie nie były dostępne dla zwykłych ludzi. Miało je wojsko, a stadniny tworzono głównie przy uczelniach rolniczych. Przy naszej, w Olsztynie, była stadnina, ale tam nie chcieli mnie przyjąć do pracy. Wtedy znajoma mamy poleciła mi rolnika, który miał konie.

Zamieszkała w jego gospodarstwie. Rano wyprowadzała konie do zagrody, czyści ła je, karmiła, a wszystko tylko za jedzenie i spanie. Jeśli dobrze wywiązała się z obowiązków, gospodarz pozwalał jej pojeździć na koniu. Dla tych chwili żyła. – Koń uosabiał wolność. Tęskniłam do niej. Chciałam żyć swobodnie, inaczej niż inni – wyznaje.

Pęd do wolności odziedziczyła po dziadkach z Wileńszczyzny. Przed wojną mieli majątek, ale Rosjanie zabrali im wszystko, nie pozwolili wyjechać do Polski. – Uczynili z nich kołchozowych chłopów. Lecz oni w głębi duszy czuli się wolni – zaznacza wnuczka. To właśnie na wakacjach u dziadków pierwszy raz wsiadła na konia. Sama. – Pamiętam: konie pasły się na łące. Podeszłam do jednego, delikatnie chwyciłam za grzywę i podprowadziłam pod wielki kamień. Po nim wdrapałam się na koński grzbiet. Potem przytuliłam się do jego ciepłego ciała i powiedziałam: „Ruszaj”. Posłuchał ! Jeździłam na oklep, bez tych zbędnych sznurków. Do dziś uważam, że tak jest najpiękniej – mówi. Potem, gdy już pracowała u gospodarza w Olsztynie, chętnie jeździła na oklep. Zrobiła kurs instruktora jazdy konnej. Zaczęła uczyć innych.

Czuła, że żyje. Ale znajomi jej współczuli. – Słyszałam: „Marnujesz się. Mogłaś studiować, a jesteś parobkiem”. Dla mnie to nie była porażka. Tę przeżyła, gdy właściciel zabrał ją na koński targ. Na placu stało kilkanaście zwierząt, wszystkie piękne, a mimo to przeznaczone na rzeź. Tylko dlatego, że miały drobny defekt, na przykład szpotawe kończyny. – Wtedy nie wiedziałam, że nasz ułański kraj przoduje w hodowaniu koni na mięso. I że specjalnie zapładnia się klacze przeznaczone na śmierć, by były cięższe, czyli droższe. Potem pakuje się je do ciężarówek i wysyła w morderczą podróż do Włoch, gdzie konina jest uwielbiana. Słabsze zwierzęta padają podczas drogi. Stłoczone, pozbawione wody, tratują się wzajemnie.

Ubłagała szefa, by uratował choć jednego konia. Zapłacił za źrebaka, który był tak słaby, że nie przeżyłby transportu. Dlatego Eulalia wybrała właśnie jego. – Żyje do dziś, wyrósł na pięknego konia – chwali pupila. Któregoś dnia pojechała do Włoch za tirem, który na pace miał kolejny żywy transport. Po powrocie nękały ją koszmary senne. Jej koleżanki wspominają: – Przychodziła na imieniny i na dzień dobry opowiadała o koniach na rzeź. Po kilku latach Eulalia stała się wspólniczką swego gospodarza. Ten zaczął wynajmować konie turystom z Niemiec. Interes kwitł, szef otwierał filie w regionie. Prowadzenie jednej z nich powierzył Eulalii. – To była stajnia przy hotelu w Mrągowie. Konie miały być atrakcją dla gości – opowiada. Była dumna, że tak wysoko zaszła, choć żyła w biedzie.

Spała w stajni, w komórce przytulonej ścianą do końskiego boksu. Bez ogrzewania, bez łazienki. Zimą herbata zamarzała w szklance.

Dziewczyna ciężko pracowała. Sama odpowiadała za dwadzieścia pięć koni. Miała twarz spaloną od słońca – od wiosny do jesieni na dworze: nosiła wiadra z wodą, naprawiała ogrodzenie. Schudła, pod oczami pojawiły się sińce, nawet w upalne dni marzły jej ręce. Jadła na przemian chleb z cebulą i chleb z margaryną. – Nie czułam się pokrzywdzona. Byłam wśród zwierząt, dawały mi siłę i radość – zapewnia.

Pewnego dnia odwiedzili ją rodzice. Zobaczyli, jak tyra, w jakich warunkach żyje. I już nie wrócili do swego wygodnego olsztyńskiego mieszkania. Zostali z córką, by jej pomagać. Nie martwili się, że ich jedynaczka zyskała opinię dziwaczki. Zawsze ją wspierali, wierzyli w jej życiowe wybory. I nigdy w nią nie zwątpili, choć ludzie plotkowali: „Z ogierami w stajni śpi. Chyba zwariowała”. A jak zaczęła rolnikom opowiadać o duszach zwierząt, byli już tego pewni. – Spójrzcie w ich oczy, w nich wszystko widać: cierpienie, radość, przywiązanie. Zwierzęta czują jak my – mówiła Eulalia. Kiwali głowami i sprzedawali jej siano: od góry ładne i pachnące, a pod spodem same trociny.

Tymczasem stajnia Eulalii powoli zaczęła przypominać arkę Noego. Zamieszkiwały w niej kolejne bezpańskie psy, kozy, koty. Z czasem – także konie. Nigdy nie zapomni tego pierwszego. Ktoś jej powiedział, że stara klacz zdycha na farmie. Pojechała tam, ujrzała drżącą z zimna chudzinę, która brodziła we własnych odchodach. Chłop wypędził ją widłami z obory, a potem zdzielił zwierzę metalowym prętem w grzbiet. – Widzisz, jak pięknie biega? – zachwalał towar, gdy usłyszał, że jest zainteresowana kupnem. – Musisz być nadziana, skoro tyle kasy wydajesz na zdechlaka – skomentował, wciskając do kieszeni plik banknotów. To była cała pensja Eulalii.

Żeby nakarmić uratowane zwierzęta, jeździła do hurtowni i masarni. Prosiła o resztki.

Potem dźwigała ciężki plecak pełen wołowych przełyków. W ręce – wór kości. Kiedyś wyproszono ją z tym z autobusu, bo śmierdziało. Na dodatek pojawiali się „życzliwi” adoratorzy: „Ładna jesteś, mogłabyś gdzie indziej zrobić karierę. Czy opłaca się tak harować? Ubierać byle jak? Oszczędzać na jedzeniu? Żeby wykupić starego konia?”. Ze spokojem odpowiadała: „Tylko takie życie ma dla mnie sens”. Interes starali się zbić na Eulali i miejscowi menele, od rana wystający pod monopolem. Codziennie słyszała: „Pani da pięć złotych, powiemy, gdzie pasie się chabeta, co ma iść na mięso”. Kilka razy dała się nabrać, potem już nie była naiwna. Ale było jej coraz trudniej. Właściciel, zaprzątnięty pracą w swej olsztyńskiej stajni, czasem zapominał, że w mrągowskiej filii jego konie też czekają na podkucie albo że kończy się im siano. – Nieraz, żeby zarobić na jedzenie dla zwierząt, od rana do nocy stałam bryczką pod hotelem, zachęcałam turystów do przejażdżek – mówi. – A nasze drogi z właścicielem zaczęły się rozchodzić. Mieliśmy inne podejście do zwierząt: on traktował je użytkowo, ja nie chciałam, by pracowały, gdy są przemęczone. No i pewnego dnia zostałam sama ze swoimi zwierzakami. Nie wiedziałam, co robić.

Wtedy przyszedł ratunek. Małżeństwo prawników z Warszawy – Wioletta i Andrzej Przybyłowie – postanowi l i jej pomóc. Co roku spędzali wakacje na Mazurach, znali Eulalię, podziwiali ją za to, co robi. Sami też kochali zwierzęta. Poradzili jej: załóż fundację. – Nie miałam pojęcia o takiej możliwości. Żyłam bez telewizora, nie czytałam gazet, wokół miałam tylko końskie łby – podkreśla. – Wiola i Andrzej napisali status fundacji, ofiarowali na rozpoczęcie kilka tysięcy. Tak w 1998 roku powstała fundacja „Zwierzęta Eulalii”. Pierwsze pojawiły się niebawem. Najpierw Elegant ze zwyrodniałym kolanem, wykupiony z rzeźni. Miał do niej trafić, bo nie mógł już biegać. Potem kolejne: 17-letni Kubuś z kopytami wykrzywionymi gośćcem, przeznaczony na karmę do zoo. Oraz Ender, chorowitek. Męczyły go kolki, co 2 godziny musiał chodzić na lonży. Eulalia każdej nocy wstawała do niego po kilka razy. Przygarniała też psy: był Marion na trzech nogach, Łańcut z dziurą w głowie, Kobryń z obciętą powieką, Derwisz, któremu wysiadły stawy. Z całej okolicy ludzie znosili porzucone czworonogi. Eulalia leczyła ich poranione ciała i chore dusze. – Skrzywdzone zwierzęta doznają, tak jak ludzie, urazów psychicznych. Wymagają nie tylko pełnej miski, lecz serdeczności – mówi Eulalia. 

Każdego nowego mieszkańca wita jak przyjaciela. Głaszcze, tuli i zapewnia: "Już dobrze, jesteś bezpieczny. Będziesz żył szczęśliwie"

Bo zwierzyniec Eulalii to inny świat – taki, jakiego chciałoby się dla wszystkich zwierząt. Najprawdziwsza arka na oceanie zła. Tu każde stworzenie ma zagwarantowane godne i spokojne życie. Do końca swych dni. – Nie oddajemy zwierząt. Bo to jakby dziecko zabrać od matki – mówi Eulalia i poklepuje po grzbiecie świnkę wietnamską, która podbiegła po codzienną porcję pieszczot. – Gdy do nas trafiła, była łysa. Sierść wypadła jej ze stresu. A teraz, wolna i szczęśliwa, zarosła jak hipis – śmieje się.

Długo była sama, całkowicie oddana zwierzętom. Rodzice już przestali wierzyć, że kiedyś założy rodzinę. Ale w jej życiu pojawił się Krzysztof. Eulalia mówi o nim czule: Krzyś. Muzyk. Oddany swej pasji tak samo jak ona zwierzętom. Bratnie dusze. Spotkali się pierwszy raz podczas Pikniku Country. On grał koncert, ona miała pokaz konny. Rudowłosa dziewczyna na srokatym koniu zrobiła na nim wrażenie. Potem wspólnie zagrali w teledysku do programu „Country Rodeo”. – Wymieniliśmy się wtedy numerami telefonów. I tyle – wspomina.

Pewnego dnia Eulalia spadła z konia. Uraz kręgosłupa, szpital. Rokowania: może nie chodzić. – Napisałam do niego esemesa, że się boję. Do dziś nie rozumiem, dlaczego to zrobiłam. Może podświadomie czułam, że jest mi pisany? – zastanawia się. – I dobrze się stało. Krzyś odebrał wiadomość, wsiadł do auta i przyjechał do szpitala. I już ze mną został w tym zwierzyńcu. Tu urodziły się im córki: Eulalia, dziś dziewięcioletnia, i Telimena, teraz czteroletnia. To one nazwały gospodarstwo mamy „Krainą Duli Duli”. – Gdy gęsi pływają w przydomowym stawie, a chcemy je nakarmić, wołamy: du, du, du. A ponieważ gospodarstwo położone jest w dolinie, mówiliśmy, że to nasza Dolina Du. Raz Telimena rzuciła: Duli Duli. A Eulalia dodała: Kraina Duli Duli. I tak zostało – opowiada.

W duli każdy ma swoje miejsce. Jest kurlandia, jest koziraj. a konie, osły i kuce mają przestronne pastwiska.

Kto to wszystko ogarnia? – Mało nas do pieczenia chleba – przyznaje Eulalia. – Na co dzień wspierają mnie rodzice. Są także dwaj pracownicy oraz wolontariusze. Eulalia ma szczęście do ludzi. Od lat zaprzyjaźniona firma Fackelmann opłaca szczepienia i leczenie zwierząt. Z kolei Kasia, fotografka z Olsztyna, za darmo robi sesje zdjęciowe zwierzakom, a potem fotki zamieszcza na internetowej stronie fundacji. Pojawiają się też na niej radosne wpisy. Jak ten: „Kurlandia wreszcie gotowa! Skrzydlaci bracia mają teraz luksusy: ocieplany kurnik i wybieg, zabezpieczony siatką. Żaden drapieżnik już niestraszny, można bez strachu rozprostować skrzydła”.

Ostatnio spokojne zazwyczaj konie po najedzeniu się trawy na nowym pastwisku poczuły się jak źrebaki. Tak galopowały, że pozrywały ogrodzenie. – Teraz trzeba naprawić pozrywane pastuchy. Znów wydatki. Ale co tam, konie szczęśliwe, to i my też – kwituje Eulalia.

W ramach projektu „Los życia ten sam”, który sama stworzyła, odwiedza dzieci w szkołach i opowiada, że zwierzęta jak ludzie odczuwają ból, cierpienie. Cytuje fragment Starego Testamentu: „Los synów ludzkich jest ten sam, co los zwierząt. Oddech życia ten sam. W niczym człowiek nie przewyższa zwierząt”. – Staram się też im uświadomić, jak wygląda transport zwierząt do rzeźni. Mówię: „Wyobraź sobie zieloną łąkę, a na niej brykającego źrebaka. A teraz zobacz jak kijem wpędza się go w ciemną czeluść samochodu. I wiezie na śmierć”. Wierzę, że odtąd żadne dziecko nie skrzywdzi zwierzaka.

W fundacji dzwoni telefon. W słuchawce roztrzęsiony głos kobiety: „W nocy zobaczyłam przy drodze ciężarówkę. Przez szpary w przyczepie patrzyły na mnie przestraszone końskie oczy. Zauważyłam też maleńkie kopyta. Zajrzałam. Właśnie trwał poród. Zawiadomiłam telewizję, policję. Powiedzieli, że nie mogą przyjechać. Cała nadzieja w pani. Niech je pani ratuje!”. Eulalia odkłada słuchawkę. Nie waha się ani chwili. Wsiada do auta i natychmiast wyrusza na miejsce. Może zdąży odkupić jeszcze jedno życie? l