Często jesteś w Polsce?

Regularnie, raz w miesiącu. Decyzję o przylocie często podejmuję spontanicznie. Bo jestem sama w domu, narzeczony wyjechał…

Jak reagują na Ciebie ludzie na ulicy?

Zwykle, na co dzień, nie wyglądam jak gwiazda (śmiech). Ale zdarza się, że wchodzę np. do Castoramy i ktoś podchodzi po autograf, wspólne zdjęcie, mówi, że lubi moje piosenki.

To ważne dla Ciebie, artystki?

Kontakt z ludźmi motywuje mnie do pracy. Miałam wieloletnią przerwę, zdarzyło się tyle smutnych rzeczy… Umarła moja mama i nie mogłam śpiewać. Głos to nie instrument, który bierzesz i na nim grasz. W nim czuć stan umysłu. Nie jesteś radosna, to nikomu nie poprawisz nastroju. Ludzie wychwycą, gdy coś nie jest szczere! Ja zawsze słyszę nastrój wykonawcy. Ale sama nie umiem śpiewać smutnych tekstów. Bo mnie one przygnębiają! Dlatego nawet w tych o nieszczęśliwej miłości daję nadzieję, że może on jeszcze spojrzy innymi oczami… Kiedyś nagrałam piosenkę, jak to każdy dzień mija i nic mi się nie chce. Dziś nawet nie mogę jej słuchać! Są ludzie, którzy zrobili karierę, śpiewając o swoich bólach, ale to nie moja natura.

Amerykanie zbadali, że Twoje piosenki jak żadne inne pobudzają do życia, w latach 90. puszczano je we wszystkich sklepach. Skąd u Ciebie ta radość?

Może stąd, że miałam beztroskie dzieciństwo? Choć przypadło na okropne czasy. Pamiętam stresy rodziców. Byli rzemieślnikami, mieli lodziarnię. Nie zdawałam sobie sprawy z ich problemów. Ale biurokracja wykończyła i mnie, gdy zdecydowałam się legalnie opuścić kraj. Wyjechałam z Polski w styczniu 1981 r.

Myślałaś, że to już na dobre?

Wtedy każdy czuł, że to na amen. Teraz nie ma czegoś takiego. Mieszkam w Londynie, parę godzin stąd. Mam dwa domy. Tam i w rodzinnym Jaworznie. Dwie rodziny, dwa paszporty.

Ale wtedy wyjazd wymagał odwagi?

Człowiek młody o nic się nie martwi. Pamiętam, jak mama odwiedziła mnie w Anglii w 1983 r. Była przerażona: w jakich ja biednych warunkach żyję! Bez centralnego ogrzewania. Na zasiłku. Mój narzeczony, który chciał naprawiać świat, był pracownikiem socjalnym…

Znałaś angielski?

Uczyłam się trochę, mój chłopak był cierpliwy, tłumaczył mi język slangowy. Potem chodziłam do takiej pani na lekcje. Dużo czytałam po angielsku. Chciałam go jak najlepiej opanować.

Jesteś ambitna?

Ja bardzo nie chciałam być głupią! Chciałam przestać uchodzić wśród Anglików za taką, co: „Ooo, przyjechała z biednej Polski”, podczas gdy u ich tak dobrze. Postanowiłam im udowodnić, jak przedsiębiorczy są Polacy, jak inteligentni, dzięki czemu zresztą Polska dziś tak dobrze prosperuje, w porównaniu z innymi krajami.

W Polsce śpiewałaś z Alibabkami, Perfectem. Marzyła Ci się kariera w Anglii?

Muszę przyznać – zawsze czułam, że za co się zabiorę, będzie OK. No i od dziecka widziałam się na scenie. Jak dziwnie potoczyło się moje życie… Kilka wyborów dokonanych w życiu doprowadziło mnie do tego, gdzie jestem.

Który był decydujący?

Kupno gazety i szukanie ogłoszeń o pracy. Tak zjawiłam się w studiu, gdzie szukano wokalistki. I poznałam Danny’ego White’a, muzyka, z którym pracuję do dziś. Początkowo wcale nie był mną zainteresowany! Nie miałam zdjęć, nagrań. Zauważyliśmy jednak, że mamy coś wspólnego muzycznie, i zostałam. To on zachęcił mnie do pisania piosenek. Ja nie miałam siły, uważałam, że tworzyć to może Stevie Wonder! Broniłam się: „Nie znam dobrze angielskiego”. Danny odpierał: „To pisz prosto”. Zaczęłam. Mam takie okresy strachu, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Przesuwam pisanie, może później, może jutro? A on dzwoni, przyjeżdża. Zmusza mnie. Przy tej najnowszej płycie specjalnie nie musiał, chyba dorosłam do niej, nabrałam pewności siebie. Poprzednie rodziły się w bólach.

Ale uwiodły fanów smooth jazzu. Masz poczucie, że jesteś szczęściarą?

Mama mi mówiła, że urodziłam się w czepku. Miałam coś takiego na głowie… Wiesz, poza tym, że poodchodzili, umarli mi bliscy, nie zaznałam tragedii. Wszystko mi wychodzi. Może dlatego, że nie oczekuję rzeczy nieosiągalnych? Oczywiście nie powinnam być taką optymistką. Na świecie kryzys, mnóstwo ludzi słucha innej muzyki, ja jestem coraz starsza, to, co gram, nie jest komercyjne… Czuję jednak, że będzie OK.

Pozazdrościć podejścia do życia!

Uważam, że świat jest po to, by go używać. Jak ma się komuś udać, to czemu nie mnie? A mam bliskich, którzy myślą dokładnie odwrotnie, i nic im nie wychodzi! Ja widzę tylko dobro w ludziach. Dokądkolwiek jadę, zachwycam się: „Mogłabym tu mieszkać, jacy fajni ludzie! Zaraz nauczę się ich języka”. Na to nigdy nie jest za późno! Dwa lata temu byłam w Jordanii, bo mój chłop tam koncertował, jest trębaczem. Zaraz kupiłam sobie słownik i zaczęłam uczyć się arabskiego… Przeszło mi, oczywiście. Ale wierzę, że wszystko jest możliwe. Gdy spotykam się z moimi przyjaciółkami i one zaczynają narzekać, to się wyłączam. To nie o mnie.

Jakie masz przyjaciółki?

Fantastyczne. Uwielbiam je. Znamy się jeszcze ze szkoły, ufam im całkowicie. Spotykamy się, gramy w karty, wracamy do szkolnych lat i nie przejmujemy się starością. Jestem lojalną przyjaciółką. Mam tyle dobrych uczuć wobec ludzi! Rani mnie, gdy ktoś nie odwzajemnia tego, co daję.

Odniosłaś światowy sukces, gdy w Polsce było jeszcze biednie. Jak reagowali znajomi, gdy przyjeżdżałaś do kraju?

Musiałabyś ich zapytać. Ale wiedz, że ja naprawdę jestem dobrą koleżanką (śmiech). Dzielę się wszystkim. Moje przyjaciółki dziesiątki razy były u mnie w Anglii. Dziś i one radzą sobie.

Myślisz czasem o tym, ile osiągnęłaś?

Wiesz, byliśmy w Stanach, gdy wybuchła świńska grypa. Miałam kontakt z tyloma ludźmi, których obejmowałam, całowałam. Przyszło mi do głowy, że mogę się zarazić i nie przeżyć. Uświadomiłam sobie wtedy, że tego, co zaznałam, na niejedno życie wystarczy! Często, gdy przyjeżdżają do mnie znajomi i gadamy, mówię: „Jak nam dobrze. Siedzimy, jemy, pijemy, nikt nie jest chory…”. A pamiętam, jak jechaliśmy na koncert na Filipinach. W przydrożnych pudłach mieszkali ludzie. Kilka dni płakałam, że świat jest tak nierówny! Mój syn, mądry człowiek, mówi, że to z poczucia winy, iż jest mi tak dobrze.

Syn też zajmuje się muzyką?

Mikołaj ma talent, komponuje, ale nie kształcił się w tym kierunku. Muzyka to jego hobby. Fajny chłopak, jestem z niego dumna. Choć niczego się nie dorobi. Dobra materialne kompletnie go nie obchodzą!

Basiu, jaki najpiękniejszy komplement usłyszałaś?

Na lotnisku jeden facet mi powiedział, że kiedy rozstał się z partnerką, na okrągło słuchał piosenki „Brave New Hope” i to mu uratowało życie. Oczywiście, przesadzał. Ja tę piosenkę napisałam dla siebie, gdy rozstałam się z kimś, i wydawało mi się, że to już koniec. A zobaczyłam, że nie jest tak źle, że są jeszcze inne rzeczy…

Co Cię inspiruje?

Mądrzy ludzie. Jestem fanką Petera Ustinova, wielkiego artysty. Wszyscy wiedzą, że mam lekką palmę na jego punkcie. Podziwiam tych, którzy są zainteresowani różnymi rzeczami. Ja też, jak mówią Anglicy, jestem jack of all trades. Wiele potrafię.

Na przykład?

Gotuję dobrze, chętnie eksperymentuję. Szyję – mam nawet kilka swoich sukienek w szafie. Jestem dobrą ogrodniczką… Interesują mnie też mało kobiece rzeczy, jak samochody, piłka nożna. Umiem zreperować wiele domowych urządzeń…

Jak wygląda Twój dom?

Jest przeładowany obrazami. Każdy centymetr ściany zasłonięty, głównie pracami mojej przyjaciółki Haliny Tybusz. Niektóre pokoje w moim domu są w stylu country cottage, jak domek na wsi, a living room jest nowoczesny. Lubię i rokoko, i minimalizm.

Wyobrażasz sobie czasem, co by było, gdybyś nie wyjechała z Polski?

W kraju zaczęłam studiować nauki ścisłe, może byłabym nauczycielką? W liceum udzielałam korepetycji, mam talent do uczenia. Mądrość buddyjska mówi, że jeśli ma się coś do zaoferowania, to trzeba się tym dzielić. Ale nawet gdybym wyjechała do Anglii, a nie poznała Danny’ego, już moje życie wyglądałoby inaczej! Tak czy owak, na pewno byłabym szczęśliwa.