Alina Janowska wywiad

Trudno się było z nią umówić: miała nawał obowiązków aktorsko-towarzyskich. Na dzień dobry zwraca się po imieniu, każe wytrzeć buty i zrobić sobie herbatę. Ale to nie obcesowość, a bezpośredniość i poczucie humoru Aliny Janowskiej. W jej domu na warszawskim Żoliborzu Oficerskim każdy szybko czuje się swojsko. W małym pokoiku- -sypialni gęsto od książek, zdjęć, pamiątek. I wspomnień. A przecież tyle jeszcze do zrobienia. – Może napiszę książkę, taką „do śmiechu”? – zastanawia się. – Albo scenariusz filmu o sobie? Jedno lub drugie – kręci głową. – Na obydwie rzeczy nie mam teraz czasu.

Alina Janowska nie żyje jaka była?

Marzyła o karierze tancerki. Podczas okupacji chodziła nawet do warszawskiej szkoły baletowej Janiny Mieczyńskiej. Ale gdy nabawiła się kontuzji kolana, pomyślała o aktorstwie. Już po wojnie zdała egzamin jako ekstern, mówiąc m.in. kwestię Maryny z „Wesela” Wyspiańskiego. – Zaskoczyłam komisję wiedzą, kim była protoplastka panny młodej. Przyszło mi do głowy to pytanie przed snem dzień wcześniej – rzuca swoim charakterystycznym głosem. Występowała w kabaretach: Szpak, Gong, STS, teatrach: Nowy, Buffo, Komedia. Największym sentymentem darzy warszawską Syrenę. Bo tam przyszła do niej życiowa szansa. – Za kulisami zaproponowano mi pierwszą rolę, w filmie „Zakazane piosenki”. Nosiłam w nim pożyczony beret. Strasznie żałowałam, że musiałam go oddać. Niewiele miałam wtedy własnych ubrań. Potem był film „Skarb”, w którym partnerował jej Adolf Dymsza, i seriale: „Podróż za jeden uśmiech”, „Samochodzik i templariusze”, „Czterdziestolatek”. Długo by wyliczać wszystkie tytuły.

W latach 60. zagrała w kapitalnej „Wojnie domowej”. – W jednym z odcinków uczyłam psa siusiać na gazetę. Niestety, na tygodnik „Kultura”. I to naczelny pisma, ideolog partyjny, zarządził, by autorce scenariusza „wytłumaczono”, że z serialem koniec, bo… niepedagogiczny. Ma świadomość, iż kojarzy się głównie z rolami komediowymi. – Wnętrze mam dramatyczne, ale życie skłoniło mnie do grania rzeczy śmiesznych – mówi. Prócz wielu występów radiowych (m.in. w popularnym „Podwieczorku przy mikrofonie” czy „Zgaduj-zgaduli”), telewizyjnych, teatralnych i filmowych jej żywiołem były występy przed publicznością. W latach 80. aktorka objeżdżała Polskę z imprezą „Kur zapiał”. – Zima. Mam wystąpić we wsi, do której można dojechać tylko saniami. W sali same baby. A ja miałam monologi o biciu męża. Co ja kilka zdań, to one w ryk. Dałam im wiele radości. I uzmysłowiłam sobie, że nie ma złej publiczności, jeśli tylko jej się nie zlekceważy. Nieważne, występ w kabarecie, remizie czy w paryskiej Olimpii W tej ostatniej wystąpiła w 1966 r. podczas „Grand Music-hall de Varsovie”. Parodiowała Giuliettę Masinę i Marlenę Dietrich. – A nie znałam języka! Poprosiłam tłumacza, by teksty najpierw nagrał powoli, a drugi raz normalnie. Wykułam je jak papuga. Potem recytowałam ludziom znającym francuski i sprawdzałam, czy śmieją się przy puencie. Przed wyjazdem przez 10 dni w Sali Kongresowej, gdy wszyscy poszli, przy jednej lampce ćwiczyłam te monologi do nocy. Okazało się, że podczas jednej z takich prób przysłuchiwał mi się sam dyrektor Olimpii. Zachwycony, wręczył mi wielki bukiet róż. 

Alina Janowska kariera aktorska

Po paryskim występie prasa nazwała ją artystką międzynarodową. – To był mój największy sukces. Nie myślę jednak kategoriami „ten film to sukces, ten nie”. Dla mnie najważniejsza jest otoczka pracy. Dlatego tak lubię aktorstwo! Spotykam interesujących ludzi. Opowiem im każdy dowcip i ich nie zszokuję – śmieje się. W „Złotopolskich” gra krewką seniorkę rodu.– Już mi nawet nie przysyłają scenariusza, tylko przyjeżdżam na plan i sama dowiaduję się, co z moją bohaterką, żeby grać logicznie. Nie jestem gwiazdą. Są lepsi. Biorę, co mi dają, i jestem zadowolona, że w ogóle mam kontakt z planem filmowym, z aktorami!

Gwiazdą poczuła się raz. W 1962 r. pojechała do Wenecji na festiwal filmowy z „Samsonem” Wajdy. Furorę zrobiła jej sukienka. Zagraniczne dziennikarki pytały, kto jej projektuje. – A ja na ciuchach kupowałam amerykańskie kiecki z dżetami i u krawcowej prosiłam o przeróbkę według własnoręcznie narysowanego projektu. Potem przez kilka dni we włoskiej prasie ukazywały się moje szkice sukienek.

Alina Janowska dzieciństwo

Talent aktorski odziedziczyła po tacie, który improwizował śmieszne scenki. Był inżynierem rolnikiem, dyrektorem szkół rolniczych, administratorem dóbr w przedwojennej Polsce. – Nauczył mnie dyscypliny i odpowiedzialności. Był wymagający, zasadniczy, a jednocześnie kochający, dowcipny. Kazał się nam gimnastykować i myć w zimnej wodzie! – wspomina. Po nim ma zwyczaj jedzenia na śniadanie kaszy z mlekiem. – Proszę tak zatytułować tekst: „Wywiad z karmioną kaszą gryczaną z mlekiem” – proponuje. Podczas okupacji tata administrował mieniem szpitala w Tworkach. Obiecał niemieckiemu dyrektorowi szpitala, że wyżywi chorych. Tym uratował ich od gazu. Mama Aliny Janowskiej była śpiewaczką. – Miałam szczęśliwy dom, pełen miłości – mówi.

Inteligencko-ziemiańska rodzina aktorki po wybuchu II wojny uciekła z Kresów do Warszawy. 17-letnia Alina pracowała w ogrodach wilanowskich  hr. Branickich. Pewnego dnia, pochylona nad fakturami, poczuła klepnięcie w pupę. Nie bacząc, że to niemiecki oficer, spoliczkowała go. Przerażeni bliscy ulokowali ją u ciotki. Gdy po nalocie gestapo trafiła na blisko rok na Pawiak, sama zgłosiła się do sprzątania, spisywania więźniów. Grypsowała. – Nie uważam się za bohaterkę. Bardzo się bałam. Podczas powstania warszawskiego była łączniczką dowództwa batalionu „Kiliński”. Pseudonim Alina. Po upadku powstania, po rozbrojeniu powstańców, niemiecki oficer zauważył u niej powstańczą odznakę. Spytał: „Strzelałaś?”. „Pan by nie strzelał?” – odpowiedziała butnie. – Niedawno znajoma zaprosiła mnie do Muzeum Powstania Warszawskiego na film o powstańczych ślubach. Ona wtedy wyszła za mąż. W sali tłum. Powaga, bo nie wypada inaczej. A ja czekam: czy pokażą noc poślubną! I nic! Po filmie ma być dyskusja. Cisza. Więc pytam głośno: „Kiedy była ta noc? Na miękkim, na gruzie?”. Ludzie zaczęli się śmiać… Poczułam po prostu potrzebę „ożywienia trumienki”.

Poczucie humoru to podstawa mojego życia. Wiesz, raz w życiu, podczas powstania, z głodu zjedliśmy pekińczyka. Z kaszą i fasolką z puszki. Żal psa, ale ludzi też – poważnieje aktorka. – Ja nie widziałam ani jednego ślubu, za to dużo pogrzebów. Sztuką jest trudne rzeczy przeżyć i potem być wesołym. Ale trzeba. Człowiek musi być aktywny. Powtarzam sobie: Alina, bywało gorzej, a każda zła sytuacja kiedyś się kończy. Gdy tuż po wojnie zginął jej ojciec, czuła się odpowiedzialna za matkę i młodszego brata. Zarabiała, ucząc tańca i rytmiki, występując w teatrzykach. Sama często nie dojadała.

Miłości Aliny Janowskiej

Wtedy też zakochała się w pierwszym amancie PRL, Tadeuszu Plucińskim. Ze wzajemnością. Wiecznie głodnej przynosił kanapki. Nawet się oświadczył. Z tej miłości też został aktorem. Wkrótce zwróciła uwagę na artystę plastyka Andrzeja Boreckiego. Co wieczór nieśmiało wystawał pod teatrem, więc ich wspólny znajomy, Tadeusz Konwicki, zaczął błagać: „Alina, zlituj się, zainteresuj nim”. Tak zrobiła. I wyszła za niego za mąż, urodziła im się córka Agata – dziś anestezjolog, mieszka pod Bostonem w USA. Jednak po siedmiu latach związek zakończył się rozwodem.

Trzy lata później spotkała miłość życia: wicemistrza olimpijskiego, szablistę Wojciecha Zabłockiego, z zawodu architekta, prowadzącego też jeden z salonów towarzyskich stolicy. Od razu jej się spodobał. Podczas pierwszej rozmowy spytała, czy pójdzie z nią na „Zaćmienie” Antonioniego. „Mam dwa bilety” – skłamała. Zgodził się. – Wdarłam się do kierownika kina i wymusiłam miejsca! – śmieje się. – Ujęło mnie potem, że Wojtek umie rozmawiać z dziećmi. Zaprzyjaźnił się z Agatą. Sam miał syna z poprzedniego małżeństwa. Imponował mi. Sławny, wykształcony, przywoził medale. Do dziś jest trzy razy szybszy ode mnie. Razem są już 45 lat i mieszkają w stylizowanym na staropolski domu jego projektu. Mają dwoje dzieci. Michał jest poetą, autorem tekstów piosenek Grzegorza Turnaua, reżyserem. Kasia skończyła italianistykę, mieszka i pracuje w Stanach. – Mam udaną rodzinę – stwierdza aktorka. Jest babcią siedmiorga wnucząt. – Uszczęśliwiają mnie. Rozczulają, bo odczytuję w nich swoje ślady – mówi. Dla nich zrezygnowała z głównej roli w filmie „Ostatnia akcja”. – Inaczej nie spotkałabym się z Agatą, Kasią i wnukami, które przyjechały wtedy zza oceanu. Nie wyjechałabym z nimi nad morze. Ale zagrałam inną postać, też fajną, bo charakterystyczną.

Alina Janowska pożegnanie

Od 30 lat we Wszystkich Świętych kwestuje na warszawskich Powązkach. W dwie godziny potrafiła zebrać ponad 2 tysiące złotych! – Nic nie robić? W życiu! – zaprzecza energicznie i pokazuje gęsto zapisany terminarzyk (piękny charakter pisma!). Chodzi spać nad ranem. Zawsze interesowało ją wszystko, co działo się wokół. Przez 35 lat szefowała sekcji estrady ZASP. Przewodniczyła Radzie Gminy Żoliborz.  Dla Szpitala Bielańskiego zdobyła tomograf. Uratowała od likwidacji bar mleczny i jedyny w okolicy sklep spożywczy. – Z zebrań wychodzę ostatnia, bo sprzątam, porządkuję. Taką mam naturę. Dlatego wybierają mnie na przewodniczącą. Nie znam się na paragrafach, ale wiem, jak się z ludźmi rozmawia. Byłabym dobra do wszystkiego, bo się na niczym nie znam! Siedemnaście lat temu założyła Gniazdo – Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom. Zaczęło się od złapania trzech urwisów, którzy z nudów kradli i podbili babci klozetowej oko. W szkolnej piwnicy zorganizowała pomoc w lekcjach, komputery, dożywianie. Zaczęła tworzyć bliźniacze placówki w całej Polsce. – Ale dalej się martwię! O szkołę muzyczną, powołaną przed laty w naszej dzielnicy, bo brak funduszy… Mówi, że gdy zaczyna oporządzać swoją posesję, kończy na sprzątnięciu ulicy. – Znajoma zakonnica spytała mnie kiedyś: „Czemu pani się tak zgina?”. Odpowiedziałam jej: „To nie ze starości, a staranności, bo po drodze zbieram rozrzucone papierki”.

Najbliżsi mówili o niej: humor i charakter nieznoszący sprzeciwu. I niespożyta energia. Pływa, nawet gdy Bałtyk zimny. Gra w tenisa, jeździ na łyżwach, na nartach. – Ludzie zaczepiają mnie na ulicy. Mówią: „pani Eleonoro”, ale lubię to. Potrzebuję kontaktu. Poznaję się z człowiekiem i od razu traktuję jak domownika. Ja jestem dusza człowiek. Szkoda, że dziś jest pęd do innego życia. Wszyscy najchętniej komunikowaliby się przez komórki. Ja jej nie mam! Pytana o sukcesy życiowe, mówi z uśmiechem: – Mam. To, że zaprzyjaźniam się z ludźmi. Przyjaciół mam na całym świecie. Najcenniejszy jest człowiek. Od razu wyczuwam, czy z daną osobą mogłabym iść na powstanie, ale każdego z góry uznaję za przyjaciela. I dodaje: – Wiesz, nawet z wrogiem mam taki system: traktuję go normalnie. On mnie wtedy też. I zyskuję go dla siebie!