Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy. A ja przy nim jak mysz polna – tak o Marku Hłasce pisała Agnieszka Osiecka. Jesienią 1956 r. odniosła mu książkę pożyczoną przez jej koleżankę. Tak się poznali. Ale spotkaliby się i tak: on bywał na spektaklach STS-u, do których ona, 20-letnia studentka dziennikarstwa, pisała „bzdety liryczne”.

Zbuntowany anioł w kożuchu

To z tych czasów pochodzą „Okularnicy” – rymowane felietony o życiu – jak ktoś określił piosenki Osieckiej. Była roześmiana, interesująca, flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. – Marek był jeszcze barwniej upierzonym ptakiem – mówiła. Już było o nim głośno. Wychowany na warszawskim Powiślu, skończył tylko podstawówkę (od 16. roku życia pracował, m.in. przy wyrębie lasów w Sudetach). Niespodzianie zasłynął opowiadaniami „Pierwszy krok w chmurach”, które stały się objawieniem, symbolem „odwilży”. „Dotąd pisano o radosnej młodzieży socjalistycznej – notowała Agnieszka. – A Marek wstrząsnął ludźmi”. „Nie można przed 25. rokiem życia być prozaikiem doskonałym. Ale rzadko bywa się w tym wieku tak dobrym”, chwalili krytycy. On i swoje życie komponował jak powieść. Chodził ulicami z wielkim balonem w ręku, z kotem na głowie, awanturował się w „Kameralnej”, opowiadał, że jest chory na białaczkę. Ciągle coś się wokół niegodziało. „Pojawiał się między nami w białym kożuchu jak zbuntowany anioł – snuła wspomnienia Osiecka. – Kożuch kupił od jakiegoś żołnierza radzieckiego. Mało było wtedy oryginalnych rzeczy, więc urastały do rangi symbolu”. Szybko stali się sobie bliscy. Zaczęli pisać do siebie listy miłosne, urywały się telefony. Marek był częstym gościem u Osieckich na Saskiej Kępie, choć ojciec poetki (wychowywał jedynaczkę jak księżniczkę) nie znosił go. Agnieszka była dla Hłaski panienką z dobrego domu, przed którą grał twardziela. – A on był proletariackim księciem z bajki, którego mi zazdrościły koleżanki – wspominała. Pisano, że byli do siebie podobni. Oboje z nadmiarem wyobraźni. Jak to ujęła Osiecka: – Nie żyliśmy autentycznie. Pisaliśmy powieści własnym życiem.
Każde też miało swój świat. On tworzył scenariusze. Ona zaczęła drugie studia, reżyserię w łódzkiej Filmówce. Wkrótce wyjechała na Mazury, potem do Francji na winobranie. – Zamiast świętować miłość, to się tak kręciłam. Myślałam, że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka. Nic nie poczekało – wspominała po latach. Radziła: „Nie odkładajcie na później piosenek, egzaminów, dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości”.
Zwłaszcza że Hłasko, którego kolejne opowiadania nie spodobały się władzy, zaczął myśleć o emigracji. „Ale najpierw zaręczył się ze mną po szlachecku, z udziałem obu mamuś i swego ojczyma (mój stary nie chciał mieć z tym nic wspólnego). Pięknie było” – pisała Agnieszka. Wkrótce narzeczony wyjechał do Paryża.
Tam poprosił o azyl polityczny. I szybko tego żałował. „Nie wiedziałem, że świat dzieli się na dwie połowy: w jednej jest nie do życia, w drugiej nie do wytrzymania”. Nie pozwolono mu wrócić do kraju. Narzeczonej słał rozpaczliwe listy: „Nigdy nie myślałem, że będę Cię tak kochać…”. Ona chciała do niego dojechać. Nie dostała paszportu. Hłasko zaproponował ślub przez pośrednika. – Ale gdy się zgodziłam, wystawił mnie do wiatru. Po prostu przestał pisać.

Chuligan i chuliganka

– A po latach, gdy wyszłam za mąż, zrobił mi awanturę. To ci historia, co? – żaliła się. Zwłaszcza że docierały do niej wieści o jego podbojach. „Kosił baby jak ułan”, mówiono. Gdy spotkał dawną miłość, aktorkę Sonję Ziemann, ożenił się z nią w 1961r. I sześć lat później rozwiódł. Potem tułał się po świecie, pisał i pił… Agnieszce Osieckiej został po Marku biały kożuch. Potem ktoś go pożyczył, nie oddał… Do końca życia trzymała jego maszynę do pisania. – Jakby wrócił, pewnie wzięlibyśmy ślub. A potem byśmy się rozwiedli – gdybała. Też wikłała się w związki, ciągle „była na zakręcie”. Z dawnym ukochanym spotkała się w Los Angeles w 1968 r. Wyrośli już z siebie. „Malwy po chatach kwitną i bledną, po sześciu latach nic już nie jest tragedią” – pisała lekko.